Dziennik Zakrapiany Whisky część I – Kilka słów wstępu oraz południe Goa (Indie)

Jedna z moich obserwacji wykonanych niedługo po tym, jak moja stopa po raz pierwszy stanęła na indyjskiej ziemi, dotyczyła właśnie owej stopy, a dokładniej tego, że wylądowała w krowim łajnie – nie jest to może najbardziej zachęcający wstęp do mojej opowieści, ani tym bardziej romantyczny początek podróży poślubnej; jest to natomiast adekwatne wprowadzenie do tematu Indii. Nawiasem mówiąc, cała ta szumnie brzmiąca podróż poślubna to wynik zupełnego zbiegu okoliczności – kilka tygodni po spontanicznym nabyciu biletów do Indii (w cenie wybitnie promocyjnej – czyżby znowu jakiś błąd?) wzięliśmy z Bartkiem spontaniczny ślub, zatem nolens volens stan Goa w Indiach stał się celem naszych poślubnych wojaży.

Miejsca w Goa, które odwiedziliśmy  (na czerwono zaznaczone zostały te, w których nocowaliśmy)

Miejsca w Goa, które odwiedziliśmy (na czerwono zaznaczone zostały te, w których nocowaliśmy)

Zanim przejdę jednak do snucia mojej podróżniczej opowiastki, chciałabym poruszyć kilka spraw organizacyjnych. Po lewej stronie widzicie mapkę przedstawiającą stan Goa z zaznaczonymi (tak z grubsza) miejscami, które odwiedziliśmy. Zaczęliśmy od końca południowego i przemieszczaliśmy się powoli na północ z krótką przerwą na Hampi – miejscowość w stanie Karnataka położoną 300 kilometrów na wschód od Goa (zatem na obrazku się nie załapała). Temat jest dość obszerny, więc postanowiłam go podzielić na trzy części:
1) Goa południowe (czyli to, co właśnie czytacie);
2) Hampi;
3) Goa środkowe i północne.
Dla Was, którzy trafiliście na mój blog, ponieważ do Goa się wybieracie, na końcu każdego wpisu zamieściłam kilka dodatkowych informacji i przydatnych porad praktycznych (poza tymi, który znajdziecie w tekście).

Wracając do mojego pierwszego w życiu kontaktu z Indiami (czyli miasta Chennai położonego na wschodzie Indii, do którego przylecieliśmy z Frankfurtu zatłoczonym, pełnym wrzeszczących dzieciaków Boeingiem 747), to powiem Wam, że krowie ekskrementy pod nogami są najmniejszym problem człowieka, który znalazł się w otchłani chaosu. Tuż za drzwiami lotniska natknęliśmy się na tabuny krzyczących Hindusów (Taxi, my friend?) i jakąś chorą kotłowaninę trąbiących samochodów. Gdy w końcu odnalazła nas nasza taksówka i minęliśmy bramy lotniska, ze zdumieniem odnotowałam, że sprawy wcale nie mają się ku lepszemu, wręcz przeciwnie – przedzieraliśmy się przez góry śmieci, stada psów, krów, jednocześnie walcząc (!) z innymi uczestnikami ruchu. Wszystko to odbywało się w chmurach pyłu i jakichś śmierdzących oparach. Taksówka powoli zagłębiała się w coraz ciemniejsze zakamarki miasta (godzina była dość późna), na ulicy i poboczach, poza śmieciami, psami i krowami, od czasu do czasu leżeli także Hindusi, a ja, wyczerpana po podróży, gapiłam się bezmyślnie przez otwarte okno (odbierane bodźce skutkowały bowiem raczej emocjami, niż jakimikolwiek sensownymi przemyśleniami), pozwalając się pochłaniać przytłaczającej aurze indyjskiego miasta. Indie to państwo będące pod każdym względem przeciwieństwem Finlandii; to gorący i słoneczny, ale bardzo zanieczyszczony kraj głośnych ludzi, w którym każda potrawa zamówiona w restauracji jest dobra (i zazwyczaj bardzo ostra); to miejsce, w którym prawa ruchu drogowego są raczej niezobowiązującymi wskazówkami, a każdy napotkany człowiek ma ci coś do powiedzenia (najczęściej chce pieniędzy, ale czasem też zwyczajnie pogadać, albo udzielić jakiejś rady). W Indiach (a przynajmniej w Goa) Hindusi bez skrępowania wytrzeszczają oczy gapiąc się na białe kobiety (szczególnie, gdy są w strojach kąpielowych), ale w rozmowie zazwyczaj kompletnie je ignorują – dokądkolwiek z Bartkiem się nie wybraliśmy, Hindusi prawie zawsze zwracali się wyłącznie do niego; nawet przewodnik oprowadzający nas po plantacji przypraw spytał się tylko Bartka o imię, a potem, mimo że byliśmy cały czas w trójkę, słyszałam: this is a cardamon plant, Bartek. And this, Bartek, is vanilla… Mieszkańcy Indii nie widzą nic złego w wyrzucaniu śmieci przez okna pociągu czy po prostu pod swoje nogi, gdziekolwiek się nie znajdą (na ich obronę dodam, że znalezienie śmietnika w tym kraju graniczy z cudem, nawet w pokoju hotelowym!). Indie to także kraj, w którym, ogólnie rzecz biorąc, należy się mieć na baczności. Na drogach, jak już wspomniałam, panuje totalne bezhołowie, trzeba uważać na wszystko – ludzi, krowy (nierzadko wylegujące się na środku jezdni), przemykające psy, Hindusów na rowerach, ogromne dziury, świnie, śmieci, przeróżne pojazdy wymuszające pierwszeństwo, wyprzedzające na piątego i tak dalej. Niczego nie można być pewnym, nikomu nie można ufać (nawet zasada ruchu lewostronnego jest często łamana). Co gorsze, w większych miejscowościach w okolicach dróg unoszą się zazwyczaj tumany pyłu, widoczność jest bardzo słaba, a ludzie pracujący koło drogi mają pewnie przekroczone wszystkie możliwe normy zapylenia po jednej godzinie pracy, o ośmiu nie wspominając; a przecież taki sprzedawca przy drodze pracuje pewnie z piętnaście godzin dziennie. W Indiach trzeba także uważać, żeby nie dać się oszukać, naciągnąć czy okraść. Nas nic złego na szczęście nie spotkało, ale różne historie się słyszy i jestem pewna, że nie są one wyolbrzymione. Turyści w Indiach to źródło pieniędzy i celem Hindusów jest tych pieniędzy zdobycie – zazwyczaj sprowadza się to do natrętnych prób wciśnięcia białemu człowiekowi kaszmirowego szalu, narkotyków, obiadu czy oferty masażu – a wszystko oczywiście w good price, czyli o wiele za wysokiej – ale czasem w grę wchodzą metody mniej uczciwe (zakładając, że sprzedaż kokainy można nazwać uczciwą metodą…). Daleko szukać nie muszę – mój znajomy został okradziony w indyjskim pociągu. Krótko mówiąc, trzeba mieć oczy i uszy otwarte.

Wróćmy jednak do przerwanego wątku, czyli do Chennai. Mimo że hotel znajdował się około czterech kilometrów od lotniska, dotarcie tam trwało bez mała pół godziny. Samym hotelem zachwycona nie byłam (brudno, zimna woda), ale to tylko dlatego, że nie orientowałam się jeszcze w standardach indyjskich. Teraz wiem, że hotel był całkiem przyzwoity, szczególnie jak na swoją cenę. Rankiem udaliśmy się na bezskuteczne poszukiwania stołówki celem spożycia śniadania. Bezskuteczne, ponieważ takie miejsce nie istniało, a śniadanie do pokojów przynosił pan, który na tamtą chwilę jeszcze spał. Gdy w końcu dostarczono nam nasz posiłek, nie byliśmy pewni, co właściwie mamy przed sobą i jak się do tego zabrać –  dostaliśmy kilka podejrzanych płynów w woreczkach foliowych zawiązanych sznureczkami, coś przypominającego pyzy oraz jakieś kulki zawinięte w stare gazety… Ku naszemu zaskoczeniu jedzenie okazało się wcale dobre, tylko o wiele za ostre, przynajmniej dla mnie. Smutek mnie ogarnął, gdy przyszło mi porzucić moje niedokończone śniadanie, ale niestety byłam bezsilna. Chennai było tylko naszym nocnym przystankiem w drodze do Goa, więc zaraz po posiłku wyruszyliśmy z powrotem na lotnisko. Ulice przywitały nas tym samym pandemonium, co dnia poprzedniego, tyle że podniesionym do kwadratu. Po raz nie wiem który stwierdziłam, że filmy o Jamesie Bondzie są strasznie naciągane. W „Ośmiorniczce” na przykład odbywa się autorikszowy pościg po małych uliczkach indyjskiego miasta; James Bond, jak gdyby nigdy nic, pędzi sobie na złamanie karku tuk-tukiem (inna nazwa autorikszy), złoczyńcy gnają sobie beztrosko za nim, i właściwie nic im wszystkim w tym opętańczym wyścigu nie przeszkadza. W prawdziwym życiu wyglądałoby to zupełnie inaczej. Nasza taksówka poruszała się straszliwie powoli, kurzyło się niemiłosiernie, wszyscy trąbili, przepychali się, a mijani Hindusi się na nas gapili (szczególnie dzieci), jak byśmy nie siedzieli w samochodzie, tylko co najmniej w klatce należącej do cyrku. Sam lot odbył się bez większych zakłóceń, jeśli nie liczyć miliona kontroli na lotnisku i w trakcie lotu, oraz rozhisteryzowanej hinduski, przez którą samolot musiał opuścić pas startowy i zawrócić. W końcu jednak się udało – wylądowaliśmy w Goa! Naszym celem ostatecznym była położona na południu wioska Palolem, do której udaliśmy się taksówką (na lotnisku Dabolim w Goa możecie zapłacić za taksówkę w specjalnym okienku – na pewno je zauważycie – dzięki czemu unikniecie przepłacenia i negocjacji z kierowcą).

Południowe Goa – Palolem i okolice

Na naszą indyjską wyprawę wybraliśmy się w listopadzie, a jeśli nie wiecie, jaka aura panuje w Finlandii (gdzie mieszkam) w listopadzie, wyobraźcie sobie najbardziej depresyjną pogodę, jaką potraficie – to na pewno będzie to. Nie jest zatem chyba niczym dziwnym, że pierwsze dni w Goa spędziliśmy na plaży, kołysząc się w ramionach lenistwa i ciesząc oczy błękitem nieba.

Palolem

Palolem

Do naszego hotelu w Palolem, który wybraliśmy jeszcze przed przyjazdem, mam odczucia niezwykle ambiwalentne. Z jednej strony ciepła woda i czysta łazienka przemawiają na jego korzyść, z drugiej jednak był on – jak na Indie – drogi, a obsługa (przynajmniej jej żeńska część) budziła we mnie lekki niepokój (w pewnym momencie określiłam ją jako creepy staff i do tej pory jakoś nie mogę znaleźć lepszego wyrażenia) – dziewczyny uśmiechały się rzadko, mówiły mało, lubiły za to się na ludzi patrzeć… Za minus można chyba uznać też karalucha, który pewnej nocy mnie obudził, łaskocząc mnie po twarzy (czyż nie słodko?). Trudno jednak winić za to hotel, w którym było całkiem czysto; jestem pewna, że owad przyszedł sobie z dworu (w Indiach zdarzyć się to może wszędzie). Mimo wszystko jakiś niesmak pozostał. Właściwie to nie mam nic do karaluchów, wolę tylko, jak sobie gdzieś tam łażą po ścianach, a nie po mojej twarzy. Po ścianie na naszym balkonie chodziła za to pewnego ranka żaba, która z niejasnych  powodów, postanowiła skoczyć prosto na mnie, gdy tylko wyszłam na dwór, żeby rozkoszować się pięknym porankiem.

Bezlitosna rzekotka

Bezlitosna rzekotka

Lonely Planet nazwało plażę w Palolem „mainstreamową” i chyba nie można się z nimi nie zgodzić. Turyści, których jest tam dość sporo, na wybór knajp, sklepików i rozrywek wszelakich narzekać nie mogą. Właściwie jest tam wszystko poza bankomatem i apteką, i gdyby ktoś miał ochotę spędzić, dajmy na to, dwa tygodnie na plaży, ale się przy okazji nie zanudzić na śmierć, to Palolem jest miejscem idealnym. Trzeba przyznać, że mimo zabudowań na całej swojej długości i strasznie nieprzejrzystego indyjskiego powietrza, plaża w Palolem jest bardzo ładna.

Poranek na plaży w Palolem

Poranek na plaży w Palolem

Powinnam może dodać, że wyrażenie „sporo turystów” nie ma nic wspólnego z obrazkami, jakie można zobaczyć nad polskim morzem (dzieciaki biegające między ręcznikami, sypiące na opalających się ludzi piasek, i tym podobne). Nie, nic z tych rzeczy, każdy znajdzie tu dużo przestrzeni dla siebie. Każdy też znajdzie (czasem z pomocą „naganiacza”) stoliczek w jednej z miłych restauracyjek nad brzegiem morza – wszystkie z nich mają te same (lub podobne), bardzo dobre dania. Mówią, że indyjskie jedzenie i europejskie żołądki to nie zawsze najlepsze połączenie; przynajmniej my przed wyjazdem się nasłuchaliśmy (i naczytaliśmy) o koszmarnych nieprzyjemnościach, jakie nas niewątpliwie czekają. Pewien Fin na przykład uraczył nas historią, jak to wylądował na kilka dni w szpitalu z powodu odwodnienia, a to tylko jedna tego typu anegdotka z wielu, jakie do nas dotarły. Postanowiliśmy więc nie czekać i wziąć sprawy w swoje ręce, znaczy pójść za przykładem Humphrey’a Bogarta, który (podobno) jako jedyny z ekipy filmowej nie zaraził się dyzenterią podczas kręcenia filmu Afrykańska królowa, ponieważ… pił whisky. Nie powiem, picie whisky po każdym posiłku to dla mnie wyzwanie nie lada (szczególnie w porze śniadaniowej), ale być może pomogło, ponieważ nasze żołądki sprawowały się wyśmienicie. Niczym więc nieograniczeni mogliśmy skupić się na atrakcjach, które południowa część Goa ma do zaoferowania. Już drugiego dnia trafiliśmy na silent disco, czyli imprezę, na której jest cicho, a jednak wszyscy tańczą. To dziwne zjawisko wiąże się z zakazem grania głośnej muzyki po godzinie dziesiątej wieczorem, który to zakaz wprowadził rząd celem przyhamowania imprezowych zapędów Palolem (całkiem słusznie, wystarczy, że północ Goa jest głośna i znarkotyzowana). Jacyś pomysłowi ludzie znaleźli jednak sposób i na to – przecież można się bawić w słuchawkach. Na takiej imprezie gra trzech didżejów i to od nas zależy, którego chcemy w danym momencie słuchać – do wyboru, do koloru. Nasz powrót z imprezy zgrał się z przypływem, więc ścieżki zniknęły pod wodą, a do hotelu wróciłam do połowy mokra. Kolejnego dnia zerwaliśmy się wczesnym rankiem z zamiarem oglądania delfinów, jednak po usłyszeniu cen za łódź z silnikiem i Hindusem w komplecie stwierdziliśmy z rezygnacją, że może jednak wypożyczymy sobie kajak. Delfinów żadnych nie widzieliśmy, dotarliśmy za to do małej, zupełnie bezludnej Plaży Motylej (Butterfly Beach; drogą lądową nie jest łatwo się tam dostać), której nazwa jest całkowicie uzasadniona.

Motyla Plaża

Przecudownie pusta Plaża Motyla, do której dotarliśmy kajakiem

Około 30 kilometrów od Palolem znajdziecie inne ciekawe miejsca – „bąbelkowe jezioro” w Netravali oraz wodospad koło wioski Savare. Do tych atrakcji prowadzi wąska i kręta droga przez pola ryżowe, której fragmenty we władaniu mają małpy. Jeśli dobrze się potargujecie, uda Wam się tam dojechać taksówką za tysiąc rupii (czyli nieco ponad 50 złotych, w dwie strony i z czekaniem na miejscu rzecz jasna), ale nie wszyscy taksówkarze przystaną na tę cenę. W końcu jednak znaleźliśmy takiego, który nie tylko się zgodził, ale jeszcze pytał na miejscu hinduskich wieśniaków o drogę, żeby nas dowieźć jak najbliżej wodospadu, dzięki czemu dostał napiwek, a my zyskaliśmy najlepszego przyjaciela. Jezioro – czy właściwie basenik – nie prezentuje się specjalnie efektownie, ale to nie ładne widoki przyciągają tu (nielicznych) turystów. Ciekawe jest to, że z dna basenu nieustannie wydobywają się bąbelki i nikt do końca nie wie czemu. Co więcej, gdy klaszcze się nad powierzchnią wody, bąbelki przemieszczają się szybciej. Może i sprawa jest intrygująca, ale (moim zdaniem) nie warto byłoby tracić popołudnia i pieniędzy na wycieczkę w to miejsce, gdyby nie pobliski wodospad, a konkretnie prowadząca do niego droga przez dżunglę. Dla mnie pokonanie tej trasy było prawdziwym sprawdzianem charakteru, ponieważ między drzewami co rusz można było zobaczyć ogromne pajęczyny z siedzącymi na nich „bananowymi pająkami” (banana spider, pająk z rodziny Nephila, jeden z największych tkających sieci na świecie). W połowie drogi do wodospadu natknęliśmy się na budę, z której ku naszemu zaskoczeniu (kasa w środku dżungli?) wyskoczył poważny Hindus, oznajmiając nam, że przejście kosztuje złotówkę (a jednak…). Hindus (pracownik parku), pobrawszy opłatę, postanowił przyłączyć się do naszego dwuosobowego zespołu (myślę, że z nudów, gdyż jak później ze smutkiem nam oznajmił – byliśmy jedynymi ludźmi, którzy tego dnia zapuścili się w jego rejony), co miało pewien plus – narzucił takie tempo, że nie miałam czasu wypatrywać pająków. Mojej awersji do tych zwierząt kompletnie nie zrozumiał (It’s only a spider, ma’am!), tak samo pewnie jak i mojego braku reakcji na jego próby przestraszenia mnie tygrysem, którego to podobno we just missed. Sami powiedzcie, kto by się przejmował tygrysem, gdy nad głową ma pięciocentymetrowe pająki (nóg nie licząc, a krótkich nie mialy)!? Wodospad, poza ładnymi widokami, oferuje także u swych stóp miejsce do kąpieli.

Wodospad w Savare

Wodospad w Savare

Na tym zakończę pierwszą cześć mojej indyjskiej historii. Kolejną, obejmująca Hampi i okolice, znajdziecie tutaj.

Oczywiście chętnie odpowiem na wszelkie pytania.

podgwiazdapolarna@gmail.com

Kilka spraw praktycznych: 

  • Hotele. Nocleg w Chennai spędziliśmy w hotelu Royal Green Accomodation. Plusy tego hotelu to cena i bezpłatna taksówka kursująca między hotelem i lotniskiem. Jeżeli ktoś, tak jak my, musi spędzić noc w Chennai w oczekiwaniu na samolot, a do szczęścia luksusów nie potrzebuje (w postaci na przykład ciepłej wody), to będzie zadowolony. Hotel w Palolem (ten z ponurą obsługą) nazywa się Palolem Guest House. Pokoje w obu hotelach możecie zarezerwować przez internet (booking.com).
  • „Ciche dyskoteki” odbywają się w Palolem w soboty i środy na południowym końcu. Cena za wejście jest absurdalnie wysoka (650 rupii, czyli prawie 35 złotych!), negocjacje są zatem wskazane (w moim przypadku stanęło na 800 rupiach za dwie osoby, a to i tak sporo).
  • Kilka słów o plażach. Na południe od Palolem znajduje się miejscowość Rajbag ze spokojną, prawie że bezludną plażą, dla której tłem jest pięciogwiazdkowy hotel, a co za tym idzie, jedyna, całkiem zwyczajna knajpka na plaży ma pięciogwiazdkowe ceny, tak samo jak stare Hinduski sprzedające kokosy. Z Rajbagu można wrócić do Palolem brzegiem morza, mijając po drodze Patnem (miniatura Palolem). Na północ od Palolem znajduje się Agonda, z wielką, przyjemną plażą – całkiem możliwe, że jest to najlepszy wybór na nocleg (jeśli ktoś lubi spokój).
  • Niedaleko Palolem leży mieścina o nazwie Chaudi, w której można załatwić wszystkie ważne sprawy – wybrać pieniądze, odwiedzić aptekę czy nabyć ładowarkę do aparatu (tak, wzięłam do Indii rozładowany aparat bez ładowarki!).
  • Jeśli czytaliście już coś na temat sztuki przetrwania w Indiach, to pewnie natknęliście się na rady dotyczące zaopatrzenia się przed wyjazdem w kłódki czy łańcuchy. Powiem Wam, że nie jest to takie głupie, jak się może niektórym wydawać. Większość domków na plażach czy pokojów do wynajęcia jest zamykana właśnie na kłódki; warto chyba zatem wymienić zastaną kłódkę na swoją (szczególnie, że te indyjskie czasem bardziej nadają się do zamykania różowych pamiętników w kształcie serca, niźli drzwi). Łańcuch z kolei może przydać się na przykład w pociągu, żeby zabezpieczyć bagaż  – szczególnie, gdy w planach mamy drzemkę; aczkolwiek my z nocnego pociągu akurat nie korzystaliśmy.
  • Na towary w sklepach zazwyczaj ceny są narzucone i podane na opakowaniu, niestety sprzedawcy często wymyślają swoje. Warto wtedy zwrócić takiemu zachłannemu sklepikarzowi uwagę („panie, ale ta butelka wody kosztuje 30 rupii, a nie 60″), a jeśli to nie przyniesie skutku, to po prostu pójść do innego sklepu. □
    Plaża w Agondzie

    Plaża w Agondzie

     

The following two tabs change content below.

Natalia

Autorka
Włóczykij, nurek, biotechnolog. Mieszka w Singapurze, tęskni za Finlandią. Lubi czytać, nad miasta przedkłada łono natury, a na blogu promuje odpowiedzialne podróżowanie.

  21 comments for “Dziennik Zakrapiany Whisky część I – Kilka słów wstępu oraz południe Goa (Indie)

  1. ~Marta
    2 grudnia 2014 o 08:49

    ale napisane! czytając te szczególiki, czułam się jakbym tam była.. to pewnie efekt że pisałaś na „świeżo” i sporo pamiętasz.. Jednym słowem – świetne Natalia! Aż wpisałam w Google: banana spider.. brr. ale ten karaluch na twarzy przebija wszystko..

  2. 2 grudnia 2014 o 13:08

    Właśnie tak sobie wyobrażałam Indie, super się czytało, przeniosłam się tam w mgnieniu oka, a banana spider też sobie od razu wrzuciłam w google… brrr dzielna jesteś :D

  3. 2 grudnia 2014 o 20:52

    Dokładnie tak sobie wyobrażam Indie i też dokładnie z tego powodu specjalnie mnie tam nie ciągnie… Słyszałam, że Indie albo się kocha albo nienawidzi. Do której opcji się skłaniasz? ;-) Czekam na dalsze części opowieści, podoba mi się jak piszesz. Do przeczytania!

    • 2 grudnia 2014 o 22:24

      Powiem tak – mieszkać bym tam nie chciała, nawet tymczasowo, ale żeby od razu nienawidzić? Chyba nie… Goa ma wiele plusów – fajna pogoda (przez pół roku), dobre jedzenie, ładne plaże, a przede wszystkim bardzo niskie ceny – więc wspominam ten wyjazd dość miło (mimo pewnych zgrzytów). Ale strach pomyśleć, jak to wszystko wygląda w innych, mniej cywilizowanych częściach Indii…

      • ~Cezary
        7 grudnia 2014 o 13:03

        Świetny blog Natalio. Trafiłem na niego bo w lutym wybieramy się na Goa. Będę wdzięczny jesli poświęcisz mi chwilę. Mam kilka pytań. Pierwsze to cena hotelu w Palolem. Booking com podaje, że za 4 noce życzą sobie 350 zł. To tanio w porównaniu z innymi hotelami w Palolem. To jednak wciąż wychodzi ok 1400 rupii za noc. Czy spotkaliście tańsze rozwiązania np. chatki na plaży, jakie ew były ceny i standart? Drugie pytanie to czy musieliście potwierdzać na 72 godz przed wylotem z Indii swoje rezerwacje na lotnisku czy po prostu pojechaliście na lotnisko i się odprawiliście? Trzecie pytanie to czy płaci się jakiś podatek przy wyjeździe z Indii? Z góry dziękuję Ci za odpowiedzi. Cezary.

        • 7 grudnia 2014 o 18:36

          Dziękuję za komentarz i miłe słowa. Jeśli chodzi o pytania, to:
          1. Na miejscu na pewno znajdziesz coś tańszego. Chatek nad morzem jest mnóstwo; myślę, że jak tylko wysiądziesz z autobusu/taksówki będziesz miał jakieś propozycje (Room, my friend?), jednak standard na pewno pozostawia często wiele do życzenia (raz na północy Goa nocowaliśmy za 400 rupii za noc, ale było brudno, nie wspominając o robactwie). Na miejscu też można się targować, zawsze trochę z ceną zjadą, jeśli mają wolne miejsca. My zarezerwowaliśmy przez internet tylko Palolem Guest House, żeby na początek mieć coś pewnego, potem szukaliśmy na miejscu i nie było żadnego problemu, czasem znaleźliśmy sami, czasem z pomogą taksówkarza albo naganiacza, ale zawsze szybko. Warto może dodać, że spotkaliśmy raz dwóch Finów, którzy mieszkali w Palolem w takiej chatce na plaży i jak nas odwiedzili w Palolem Guest House, stwierdzili, że takich luksusów to nie widzieli od miesiąca, a zapewniam Cię, że nasz hotel był bardzo przeciętny, jak na europejskie warunki, żeby nie powiedzieć poniżej przeciętnej. Wiele też zależy od tego, czym dla Ciebie jest dobry standard.
          2. Nie musieliśmy niczego potwierdzać, przynajmniej w przypadku Lufthansy nic takiego nie jest wymagane.
          3. Nic mi nie wiadomo na temat żadnego podatku. Od czego miałby być ten podatek? Od jakichś rzeczy, które chcesz przewieźć? Bo jeśli masz na myśli jakiś ogólny podatek, to nic nie płaciliśmy.
          Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam. :)

          • ~Cezary
            15 grudnia 2014 o 00:03

            Oczywiście, że pomogłaś. Zwiedzam ostatnio mnóstwo stron poświęconych Goa i to właśnie na niektórych wspomina się o konieczności potwierdzenia rezerwacji (chodzi o wylot z Goa do Mumbaju) ponieważ hindusi sprzedają więcej biletów niż jest miejsc w samolocie.To znana praktyka, można w ten sposób zarobić trochę więcej na podróżnych. Jeśli chodzi o podatek to wyczytałem,że trzeba płacić przekazem i w dodatku dopisać numer lotu, którym się z Indii wylatuje. Prawdopodobnie to są jakieś stare dane i największą wartość dla mnie mają oczywiście świeże doniesienia takich turystów jak Wy. Co do chatek i wspomnień dwóch Finów to zasmuciłem się bo my wybieramy się z naszym 3,5 latkiem i jednak standard Palolem Guest House to jest to minimum, które chciałbym mieć. Hm, czy sądzisz, że można na miejscu znaleźć podobny standart ale za niższą cenę? No bo mieszkanie z robakami w ogóle nie wchodzi w grę. I jeszcze jedno pytanie (oj chyba będzie ich więcej w miarę zbliżania się terminu wylotu) Jak tam u licha z komarami? Czy widzieliście komary? Pozdro. Cezary.

          • 15 grudnia 2014 o 14:55

            1. Komary we znaki się specjalnie nie dają; tam na południu, znaczy w Palolem, chyba w ogóle nie mieliśmy z nimi do czynienia. Raz mnie strasznie pożarły, ale to było na północy i nie nad samym morzem. Obeszło się jednak bez malarii. ;) Na którą zresztą nic nie braliśmy, zagrożenie jest bardzo małe. A jak ktoś chce być pewien, to podobno lepiej kupować leki na miejscu, bo są skuteczniejsze i super tanie. W ogóle apteki w Indiach są wyposażone bardzo dobrze, można kupić wszystko (nie trzeba mieć żadnych recept, na nic), a lekarstwa kosztują grosze. Żałuje, że nie zrobiłam zapasów, w Finlandii wszystko drogie. ;)
            2. Sądzę, że da się znaleźć coś równie dobrego i tańszego, biorąc pod uwagę, że Palolem Guest House jest bardzo popularny (m.in. poleca go Lonely Planet), więc ceny może sobie trochę zawyżać. Raz spaliśmy w miejscu o standardzie minimalnie gorszym od Palolem Guest House, a płaciliśmy 800 rupii (cena wyjściowa: 1000) – to było na północy, ale ceny są wszędzie podobne. Zawsze możecie zrobić tak, jak my – zarezerwować coś na początek, a na miejscu szukać dalej (pooglądać, potargować się).
            3. No tak, to znana praktyka, nie tylko w Indiach, ale chyba nigdy nie spotkałam się z radą, że żeby temu zapobiec, trzeba potwierdzać wcześniej lot. W każdym razie, my tak nie robiliśmy i coś mi się wydaje, że nie jest to zbyt powszechna wiedza ani praktyka (ja też czytałam kilka przewodników i rozmawiałam ze znajomymi, którzy w Indiach byli, nic takiego o uszy mi się nie obiło).
            Pozdrawiam! PS Zawsze też możesz pisać na maila: podgwiazdapolarna@gmail.com

  4. 3 grudnia 2014 o 17:59

    Piękny blog! :) Zapraszam do mojego skromnego świata ;)

  5. 5 grudnia 2014 o 12:35

    O kurcze, opis mnie nie zachęca do podróży tam! Ale mimo wszystko z ciekawości bym pojechała by się sama przekonać! Uwielbiam śniadania i wyobrażam sobie ten smutek gdy trzeba było je wyrzucić :( Karaluchów nie cierpię i chyba bym od razu stamtąd wyjechała po takiej przygodzie!! Zdjęcie krowy na końcu jest świetne!

  6. 5 grudnia 2014 o 15:05

    Super! Bardzo szczegółowo opisane, co pomoże niejednemu zdecydować, który region w przeogromnych Indiach wybrać:)

  7. 5 grudnia 2014 o 22:41

    świetnie napisany tekst i piękne zdjęcie z zachodem słońca! :) coraz więcej widzę historii z Goa i powili się zastanawiam, może jednak warto o tym miejscu pomyśleć!? pozdrawiam!

  8. 5 grudnia 2014 o 23:18

    oj Palolem. oj Indyjski chaos. niby nic, a ryba z tandoor w czerwonej panierce nadal zajmuje wygodne (i często odwiedzane) miejsce w mojej pamięci. i rum za złoty pięćdziesiąt za butelkę. właśnie: dzienniki zakrapiane powinny być indyjskim runem!

    • ~Agata
      5 stycznia 2015 o 14:07

      Witam,
      czy wiesz coś bliżej o Bibliotece Liści Palmowych w Bombaju i Bangalore?
      Jeśli tak, to bardzo proszę o informacje m.in kontakt z Biblioteką.
      Niestety w internecie jest niewiele informacji a 2 numery kontaktowe jakie znalazłam są nieaktualne.
      Pozdrawiam
      Agata

      • Natalia
        7 stycznia 2015 o 17:43

        Niestety nic na ten temat nie wiem.

  9. 6 grudnia 2014 o 18:42

    Inny świat :)

  10. 30 listopada 2015 o 14:57

    Niesamowicie wciągający blog. Nie mogę się oderwać od czytania! Pozdrawiam z pięknego Cypru:)

  11. ~Sylwia
    1 marca 2016 o 22:45

    Super sie czyta Twoje blogi Natalio :) bylam w Indiach wlasnie w Chennai i to prawda ze ludzie tam bardziej zwracaja uwage na kogos z poza kraju chociaz powiem Ci ze w Singapurze spotkalam sie z tym ze wycieczki Hindusow pytali sie mnie i mojego meza o zdjecia z nimi :)

  12. ~Cezary
    26 listopada 2016 o 00:15

    Witam Cię Natalio po prawie dwóch latach. My znów wybieramy się na Goa. Tym razem czujemy się już lepiej przygotowani niż 2 lata wstecz. Poprzednio spędziliśmy wakacje w Agondzie i w Benaulim. Żal było wyjeżdżać. Teraz planujemy obejrzeć Panaji, Anjunę lub Vagator i ponownie zjechać do Benaulim, które jest dobrą bazą wypadową do Margao. Jesli ktoś potrzebuje wskazówek to w miarę możliwości pomożemy. Pozdrawiam Cię i mam nadzieję, że nadal podróżujesz. C.

    • Natalia
      28 listopada 2016 o 03:14

      Hej! Mam nadzieję, że ostatnim razem trochę pomogłam się przygotować. Ja przeprowadziłam się do Singapuru i zwiedzam teraz Azję Południowo-Wschodnią. :) Pozdrawiam serdecznie i fajnych wakacji życzę!

    • ~Kinga
      14 lutego 2017 o 15:13

      Witam! Wybieram się w tym roku na Goa. Mam parę pytań: Jakie miejsce polecisz, jeżeli zależy mi na leniwym odpoczynku na plaży?:) Uwilebiam dzikie plaże z palmami, czy któraś szczególnie zapadła w Twoją pamięć?:) I kolejne pytanie, wybrać północ czy południe? Mam niestety tylko tydzień, więc muszę dokładnie zaplanować konkretne miejsca.
      Jeżeli dasz radę, bardzo proszę o maila : godzickinga@gmail.com
      Z góry serdercznie dziękuję i pozdrawiam! :)

      A pani Natalii gratuluję wspaniałego bloga!!:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Facebook