Jaszczurki, gniazdka i prywatny basen, czyli jak się mieszka w Singapurze – pierwsze wrażenia

Powiedziałabym, że przeprowadzka z Finlandii do Singapuru była dla mnie niczym zimny prysznic, gdyby nie to, że słowo „zimny” w odniesieniu do tej sytuacji brzmi trochę niedorzecznie. Jeśli chodzi o średnią roczną temperaturą powietrza, to różnica między Helsinkami a Singapurem wynosi jakieś 25 stopni. Prysznic zatem był dość ciepły, ale nadal gwałtowny i niespodziewany. Mieszkając w Finlandii, łatwo jest zapomnieć, że na świecie są miejsca, w których życie wiąże się z ciągłą walką o kawałek przestrzeni, czy to w metrze, czy w bloku mieszkalnym. W Singapurze jest głośno i tłoczno, a człowiek wieczorem w supermarkecie czuje się bardziej przytłoczony, niż w Polsce przed zbliżającym się długim weekendem, kiedy to jeden dodatkowy dzień wolny wpędza Polaków w jakieś zakupowe obłąkanie. I pomyśleć, że w Singapurze nie jest wcale tak źle w porównaniu z innymi azjatyckimi tygrysami… Ilości śmieci i innych zanieczyszczeń, które w Azji są beztrosko produkowane zmuszają człowieka do rozmyślań, jaki sens właściwie mają te wszystkie ograniczenia i środowiskowe podatki narzucane na ludzi w Europie. Trochę pocieszający jest jedynie fakt, że w Singapurze jest wiele parków i ogrodów, które są bardzo ładne i zadbane, i dają nieco wytchnienia od zgiełku i betonu…

Wróćmy jednak do tematu tego wpisu, czyli mojej dotychczasowej, całkiem ciekawej, singapurskiej przygody z mieszkaniami. Pierwsze dwa tygodnie spędziliśmy w bardzo dużym (160 metrów) i drogim lokum, które zorganizował nam nasz pracodawca. Mimo że czyste i niebrzydkie, do gustu mi kompletnie nie przypadło, co może mieć związek z faktem, że nasz komitet powitalny w mieszkaniu obejmował największego karalucha, jakiego w życiu widziałam. Do tej pory nie wiedziałam nawet, że mogą one osiągać takie rozmiary. Zamarłam na ten dla mnie niecodzienny widok, zastanawiając się intensywnie, czy jest sens porywać się na takiego potwora z moim letnim bucikiem, który nie był wcale dużo większy od owada. Następnego dnia rano natknęłam się w kuchni na kolejnego karaczana, tym razem w trochę bardziej sensownym rozmiarze, ale za to bezradnie leżącego na grzbiecie. Ponownie mnie zmroziło – czy tutaj karaluchy spadają z sufitów…!? Szybko się okazało, że karaluchy to nie jedyni nasi współlokatorzy – pochody mrówek przecinały nasze ściany i podłogi w wielu miejscach, a w zostawionej na chwile szklance po soku, szybko tworzyło się mrówkowe cmentarzysko. Jedynym naszym towarzyszem, który zdobył moje względy, był mały gekon, ale cóż taka jaszczureczka mogła zdziałać w morzu mrówek, o karaluchach większych od niej nawet nie wspominając? Mieszkanie trzeba było szybko opuścić – nie ze względu na robactwo, tylko cenę. Niestety znalezienie innego okazało się nie lada wyzwaniem… W Singapurze wynajmowanie mieszkania to bardzo droga zabawa, dlatego wielu ludzi ogranicza się do pojedynczych pokojów (często są to duże pokoje z łazienką, tak zwane „master roomy”), ale my się uparliśmy i stwierdziliśmy, że lepsza mała kawalerka niż wielki pokój i nieznani (tym razem ludzcy) współlokatorzy. Takie rzeczy to się przerabiało na studiach. W końcu dopięliśmy swego, ale cały czas zastanawiamy się, czy podjęliśmy słuszną decyzję, bo to że desperacką, wątpliwości nie podlega. Wyboru dużego nie mieliśmy, mieliśmy za to duże wymagania – poza brakiem współlokatorów zależało nam także na kuchni (tak, w Singapurze kuchnia to nic pewnego), basenie i oczywiście odpowiedniej lokalizacji. Kombinacja tych warunków okazała się prawie że nie do przeskoczenia, ostatecznie jednak udało nam się znaleźć malutkie mieszkanie prywatne, co wiąże się z tym, że na nasze zamknięte osiedle (trzy duże bloki) przypada ogromny basen, siłownia i kilka innych atrakcji. Jedynym minusem jest przejeżdżające zaraz obok naszego okna metro. Nie jest nam łatwo zaakceptować fakt, że tak cicho, jak w Finlandii, to tutaj nigdy nie będzie…

Singapur

Wracając do pozytywów, to nasz basen oblegany nie jest, a późnym wieczorem kompletnie w nim pusto i wtedy właśnie najbardziej lubię z niego korzystać. O tej porze trzeba tylko uważać na chodnikach, opanowane są one bowiem przez olbrzymie ślimaki, a wdepnięcie w takiego mega-mięczaka to nic przyjemnego. Nasze mieszkanie prezentuje się wcale nieźle, bo mimo że małe, to jest jasne i nowe. Szczerze mówiąc, wygląda trochę, jak plan zdjęciowy do katalogu Ikei, ale to chyba kolejna rzecz, z którą muszę się pogodzić – jeśli będę kontynuować te częste przeprowadzki, moje lokum najprawdopodobniej zawsze będzie urządzone w stylu najtańszej Ikei…

Singapur

Co ciekawe w singapurskich łazienkach nie ma gniazdek (podobnie jak w Anglii), co mnie trochę irytuje. Całe szczęście, że Anglicy nie dotarli tutaj ze swoimi śmiesznymi podwójnymi kranami (no wiecie – jeden do lodowatej wody, drugi do wrzątku). Jedynym dopuszczalnym rodzajem gniazdka w łazience w Singapurze jest specjalny kontakt przeznaczony dla maszynek do golenia. W takim wypadku jego włącznik (tak, gniazdka tutaj maja włączniki) znajduje się na zewnątrz łazienki, podobnie zresztą jak włącznik ciepłej wody. Nie wiem ile razy sobie o tym przypominałam, stojąc już pod prysznicem; chyba w końcu zawieszę sobie na drzwiach łazienki kartkę: WŁĄCZ GRZAŁKĘ! Ciepłej wody w kuchni często nie mamy w ogóle, ale trzeba zaznaczyć, że zimna woda nie jest tutaj tak zimna, jak w Polsce. Z innych singapurskich ciekawostek mieszkaniowych – które nas akurat nie dotyczą – można by wymienić prywatne schrony w mieszkaniach (nawet na wysokich piętrach) i pralki na balkonach (raz widziałam nawet lodówkę). We wszystkich blokach funkcjonują zsypy, więc latać ze śmieciami nigdzie nie trzeba.

Na szczęście w skład naszego domowego inwentarza wchodzi tym razem tylko mała jaszczurka, innych gości na razie nie zaobserwowałam. Nie zaobserwowałam także sąsiadów, jedynymi śladami ich obecności są buty na korytarzu (obuwie zostawia się tutaj przed drzwiami), ujadanie psa za ścianą i małe ognisko w garnku, które pewnego dnia paliło się przed windą na naszym piętrze. Nie wiem, czemu miało służyć to ostatnie (odpędzanie złych duchów?), tak samo, jak nie rozumiem tutaj wielu innych rzeczy i samych Singapurczyków, którzy podobno mówią po angielsku (a właściwie w języku zwanym singlish). Zaczynam podejrzewać, że cykl „Kurioza singapurskie” będzie jeszcze bardziej rozbudowany, niż ten poświęcony Finlandii… Zatem „zostańcie nastrojeni”, bo będzie ciekawie!

Mieszkania w Singapurze trochę bardziej praktycznie

Ogólnie rzecz biorąc, bloki w Singapurze podzielić możemy na te zbudowane przez państwo (tak zwane HDB – od Housing Development Board), w których mieszka znaczna część ludzi (prawie 90 %) oraz prywatne kondominia (condo) – w jednym z nich mieszkamy my. 

SingapurWynajęcie mieszkania czy pokoju w Singapurze to duży wydatek, nawet w przypadku najtańszych opcji w blokach HDB, których to opcji nie polecam, bo takie mieszkania zazwyczaj nie są w dobrym stanie, o umeblowaniu i klimatyzacji nawet nie wspominam. Z kolei master room (pokój z łazienką) w bloku typu condo w „rozchwytywanej” lokalizacji to często wydatek rzędu 1 500 dolarów… Jest to sporo nawet jak na singapurskie zarobki. Mieszkania HDB są zazwyczaj tańsze od tych prywatnych, aczkolwiek to zależy rzecz jasna od wielu rzeczy. Mimo że mieszkania HDB są wydzierżawiane ludziom na okres 99 lat (tak, żeby czuli się, jak właściciele), to jednak rządzi nimi państwo i ono ustala zasady, których trzeba przestrzegać, niekiedy dość irytujące. Co ciekawe, rząd dba także o to, żeby w takim bloku mieszkały różne narodowości, a tym samym nie tworzyły się getta. Jak już wspomniałam, znalezienie odpowiedniego mieszkania w niektórych rejonach Singapuru może się okazać dużym wyzwaniem. Popularne jest tutaj zatrudnianie do poszukiwań agentów – wtedy jest łatwiej i bezpieczniej, ale dość drogo. My tak zrobiliśmy. Z moich danych jednak wynika, że możecie z powodzeniem sami szukać sobie lokum. Oferty, które widnieją w internecie, są zazwyczaj tworzone przez agentów i z nimi będziecie się kontaktować. W takich przypadkach są to agenci wynajęci przez właściciela (landlorda), Wy płacić im nie musicie – chociaż oczywiście o wszystko musicie się wypytać zanim przystąpicie to pertraktacji. Aha, negocjacje są jak najbardziej wskazane! Tak, trochę to wszystko skomplikowane, dla mnie również. Jeśli macie jakieś pytania dotyczące mieszkań w Singapurze, piszcie śmiało, jeśli będę umiała – pomogę.

Więcej o życiu w Singapurze: 

Cykl: Życie w Singapurze według Natalii

The following two tabs change content below.

Natalia

Autorka
Włóczykij, nurek, biotechnolog. Mieszka w Singapurze, tęskni za Finlandią. Lubi czytać, nad miasta przedkłada łono natury, a na blogu promuje odpowiedzialne podróżowanie.

  28 comments for “Jaszczurki, gniazdka i prywatny basen, czyli jak się mieszka w Singapurze – pierwsze wrażenia

  1. ~Ola
    10 sierpnia 2015 o 11:52

    Zawsze jest tak, że pierwsze wrażenia zwykle są zbieraniną informacji od innych, powielaniem legend i zwykłej nieprawdy. Tak jest też w tym przypadku. Zacznijmy od bzdur o HDB i o dobrze wyglądających blokach – nie, nie jest tak, poznasz Singapur to zobaczysz. Nie jest też tak, że HDB zawsze jest złe a nawet że jest tańsze niż Condo. To na początek – doradzam poznanie tego kraju – a zachętą niech będzie to, że chyba nie lubisz gdy ocenia się Twoje rodzinno miasto lub kraj na podstawie kilku dni i informacji od przypadkowych ludzi. A cicho jak W Finlandii też może być.

    • Natalia
      10 sierpnia 2015 o 13:41

      Dziękuję za komentarz. Cieszą mnie normalnie takie uwagi, bo nie ma nic gorszego niż przekazywanie ludziom nieprawdziwych informacji, ale nie bardzo wiem, co wg Pani powinnam poprawić.
      1. Gdzie wg Pani napisałam, że HDB jest „złe”?
      2. Może nie mieszkam tu długo, ale moje (trochę się tych mieszkań naoglądałam) i znajomych doświadczenia mówią, że HDB są tańsze niż „condo”. Pewnie są jakieś wyjątki, dla Pani satysfakcji dodałam we wpisie słowo „zazwyczaj”.
      3. Prawie wszystko, co uwzględniłam w tym wpisie przeżyłam na własnej skórze i żadnych legend nie powtarzam, a przynajmniej bardzo się staram tego nie robić. Informacje konsultowałam z ludźmi, którzy tu mieszkają od dawna (np. z tymi, z którym pracuję) i nie są wcale „przypadkowi”. Poza tym mieszkam tu miesiąc, nie kilka dni.
      4. Budynki w Singapurze muszą być malowane co 5 lat albo częściej, to jest potwierdzona informacja (www.bca.gov.sg). Wiem, że nie wszystko tu tak ładnie wygląda (wbrew pozorom i Pani aluzjom trochę już Singapuru widziałam), ale OGÓLNIE rzecz biorąc, miasto wygląda nieźle. Nie zgodzi się Pani ze mną?
      5. Proszę Pani, w Singapurze mieszka tyle ludzi, co w całej Finlandii. Czy muszę coś więcej dodawać? Mieszkała Pani kiedyś po środku niczego?
      6. Wydaje się Pani bardzo dotknięta. Ja nie OCENIAM „Pani kraju”, ja tylko obserwuję. Co więcej, nawet nie mówię o nim nic złego, skąd ten uraz?
      Pozdrawiam serdecznie i będę wdzięczna za ustosunkowanie się do mojej wypowiedzi.

      • ~Ola
        10 sierpnia 2015 o 14:25

        1. Wystarczy rpzeczytać włąsny wpis.
        2. To nie są żadne wyjątki, są różne HDB tak jak i różne Condo. Wydaje Ci się że się naoglądałaś mieszkań.
        3. Miesiąc to jest kilka dni, jeśli chodzi o poznanie jakiegokolwiek dużego miasta i jego zwyczajów.
        4. Tak, czytaj strony rządowe, świetne źródło teoretycznej informacji.
        5. I co w związku z tym.
        6. Błędne założenie, ja tylko nie lubię wpisów „tu jest tak i tak” od osób które mieszkają gdzieś na tyle długo że nadal są poznawczo turystami i pytają na grupach FB o rzeczy, o których chciałyby napisać. Jedyną poprawną drogą jest poznanie okolicy, życia w danym miejscu i wtedy opisanie tego. Jak na razie potrafiła to zrobić jedynie „Azja od kuchni”, której nie poznałam nigdy ale mogę powiedzieć „tak, właśnie tak jest”. Spróbuj też zostać tak postrzeganą blogerką.

        • Natalia
          10 sierpnia 2015 o 14:53

          Napisałam tylko, że HDB w porównaniu z condo nie mają tyle plusów… Ma Pani rację, że miesiąc to bardzo mało. Zaznaczyłam w tytule, że są to moje pierwsze wrażenia. W Finlandii mieszkałam dość długo i czułam się o wiele pewniej, opisując ją. Teraz na razie jest trochę inaczej, dlatego staram się koncentrować na moich przygodach i odczuciach, ciekawostkach, a „suche informacje” weryfikować, jeśli się coś nie zgadza, to poprawię lub po prostu to usunę, dlatego cieszę się ze słów krytyki. Dobrze, nie będę czytać stron rządowych, ale i tak uważam, że Singapur prezentuje się nieźle. Grupy na Facebooku to naprawdę TYLKO DODATEK, proszę mi uwierzyć. Postaram się usunąć z tego wpisu „kontrowersyjne” fragmenty. I nie ma potrzeby pisać do mnie, jak do niegrzecznego dziecka.

        • ~Wilk
          10 sierpnia 2015 o 16:20

          @Ola:

          Trochę dużo w tym Twoim komentarzu niepotrzebnej i nieuzasadnionej agresji.
          W żadnym miejscu Nataliowego wpisu nie natknąłem się na wzmiankę, iż jest to jedynie słuszna prawda. Wpis nie ma podbudowy naukowej i tak go należy traktować. Jest to raczej zbiór wrażeń zebranych przy pierwszym kontakcie, można powiedzieć na gorąco. Tym bardziej interesujący, bo każdy z nas inaczej odbierał Singapur, skupiając się na różnych rzeczach, a nawet te same oceniając w różny sposób. Ile ludzi tyle opinii. Dlatego jest to ciekawe. Inaczej rzecz widzi Natalia, inaczej Ty mieszkająca w Singu X czasu.
          Co zaś się tyczy „Kury” – choć nie powinniśmy tu mówić o nieobecnej – to w jej wpisach również pojawiały się informacje, nazwijmy dyskusyjne. Rzeczywistość pokazywana Jej oczami również nie była jedynie obowiązującą. Wiele było prawdy w tym co napisała, informacji pomocnych, ale i pojawiały się informacje, które poddawałbym w wątpliwość. Akurat w moim polskim gronie, Jej blog nie cieszył się taką estymą jaką Ty go obdarzasz. Moim zdaniem (szczególnie) w końcowej fazie swego blogowania szła w ilość, nie jakość, a jej wpisy to kolejne hymny pochwalne ku czci Przychówka. Lecz tu znowu pokreślę, tym razem to moja, subiektywna opinia i ludzi, z którymi ja obcowałem. Mnie jej blog nudził. Mam chyba prawo tak powiedzieć? Czy nie?

  2. 10 sierpnia 2015 o 12:12

    Wspomniałaś o „ognisku” w garnku u sąsiadów. Najprawdopodobniej wiązało się to z nadchodzącym miesiącem-festiwalem duchów, którzy świętują Chińczycy w Malezji i w Singapurze. Przez miesiąc już niedługo na każdej ulicy natkniesz się na dziwne przedmioty zrobione z papieru, palone „dla duchów”, będą też wielkie świece ze smokami i uliczne sceny z występnami, przed którymi zawsze będzie jeden wolny rząd krzeseł przeznaczony dla.. duchów :) Mięsiąc duchów zaczyna się w tym roku jakoś bardzo niedługo.

    Opisałam to dość obszernie u mnie na blogu: https://zuinasia.wordpress.com/2014/05/23/malezyjskie-duchy-przesady-zabobony/

    PS Mogła to też być po prostu chińska modlitwa z kadzidełkami po prostu ;)

    Pozdrawiam, sąsiadka z Malezji, Zuza :)

  3. ~Wilk
    10 sierpnia 2015 o 15:49

    Jak to zwykle ma miejsce w podobnych sytuacjach, poszukując informacji odległych tematowi – przypadkiem i niezamierzenie – wpadłem na Twój blogowy wpis o Singapurze. Z racji bezpośredniego zainteresowania schrupałem go wiedziony ciekawością i postanowiłem podzielić się swoimi uwagami, co niniejszym czynię.
    Na początku marca (nie będę mówił, że w pierwszej połowie i że był to 17 marca, bo klasyk to doskonale znany każdemu kinomanowi) wraz z żoną, której z imienia podobnie jak Tobie Natalia, opuściliśmy po trzyletnim pobycie Singapurską ziemię i udaliśmy się w nieznane.
    Tak, jeśli chodzi o singapurski rynek mieszkaniowy, Singapur jest miejscem drogim, ale jak uczy doświadczenie naszych wojaży, wcale nie najdroższym. Każde nowe miejsce wymaga czasu by zagadnienie ogarnąć, bowiem problem początkowo wydaje się być kolosalnym. Z „niby” pomocą przychodzą wtedy zastępy lokalnych agentów nieruchomości. My również nieświadomi reguł miejscowego rynku, zdaliśmy się na pomoc takiego agenta – co czyniliśmy już w innych przypadkach – poleconego nota bene przez firmę mojej żony. Oczywiście sporo płacąc za jej (bo to była babka – nie żebym miał coś do kobiet) usługi. Z perspektywy czasu oceniając, z jej dokonań byliśmy średnio zadowoleni. W jednym z mieszkań przywitała nas karakania armia, inne było brudne i zasyfione do granic nieprzyzwoitości, a jeszcze inne przesiąknięte – niemożliwymi już chyba do usunięcia – zapachami lokalnego jedzenia. W rezultacie, kiedy więc oglądaliśmy mieszkanie ente w kolejności, nowe, czyste, stosunkowo niemałe (60 metrów), a agentka nęciła słowami – taka cena to absolutny hit na rynku i nic taniej nie znajdziemy – podjeliśmy decyzję „Bierzemy!” uważając, że robimy dobry deal. Z czasem przeświadczenie o dobrym deal-u wyparowało i okazało się, że mieszkanie „to nie jest to”, bowiem jego rozkład nam tak naprawdę średnio odpowiada, jest mocno odpersonalizowane poprzez Ikeowy wystrój (podobnie jak u Ciebie) i nie czujemy się w nim dobrze. Takie typowe mieszkanie pod wynajem. Bez duszy, charakteru i ciepła. Dlatego sugeruje, by pierwszą umowę zawierać na rok, a po tym czasie Będziesz/Będziecie już na tyle mocno stali na nogach znając realia, że możecie pokusić się o poszukanie czegoś na własną rękę. Czegoś co będzie Wam (zakładam, że jest Was dwójka lub więcej) odpowiadać dużo bardziej, pomijając przy tym z Waszej strony agenta. Wbrew pozorom, jest to jak najbardziej do zrealizowania.
    Drugie mieszkanie znaleźliśmy sami wertując propertyGuru i gumtree, kichając na agenturalną pomoc. Kordynaty – w miarę możliwości powiększyć areał, nie zmieniać dzielni (przyzwyczailiśmy się i podobała nam się dobrze skomunikowana okolica), niska, przyjemna i niewielka zabudowa (mieliśmy opory przed ogromnymi kondami, kombinatami mieszkalnymi). Finał operacji „mieszkanie” – poświecając 6 tygodni, bez napinania i paniki, lustrując kilkanaście mieszkań przeprowadzaliśmy się niespełna 50 metrów w prawo, wciąż pozostając na tej samej ulicy. Areał metrażowy powiększyliśmy do 80 metrów, niewielki współgrający z okoliczną zabudową, przyjemny i stosunkowo świeży (2009) budynek z tylko 16-oma mieszkaniami, cenę wynajmu – dzięki umięjetnościom negocjacyjnym mojej żony – udało nam się utrzymać na niezmienionym poziomie (3200$). Mieszkanie co prawda umeblowane było jedynie w sypialniane łóżko i kredens w salonie, ale to nie stanowiło problemu, a wręcz rozrywkę dla Nati, która mogła je umeblować według własnej koncepcji. Ponieważ Singapur to miejsce tymczasowego pobytu wielu ekspatów, więc i przerób wyposażenia wszelakiego oraz mebli na rynku wtórnym ogromny. Nie nastręcza problemu kupno zarąbistych mebli i sprzętu w przyjaznych cenach od ekspatów opuszczającyh właśnie Sing. Sprzedaż również. Natalia zrobiła to tak udanie, że dwa tygodnie przed wyjazdem siedzieliśmy na ziemi, korzystając z plastikowych talerzy ponieważ nawet nasza zastawa znalazła nabywcę.
    Jeśli chodzi o mieszkanie, dobrze jest zadać pytanie, czy zarządca ma podpisaną umowę z kimś kto zajmuje się utrzymaniem czystości na terenach tzw. wspólnych i co to oznacza. Nie jest to oczywiste. W pierwszym mieszkaniu cieć ograniczał się jedynie do zlewania wodą wodą miejsc parkingowych i jedyne jego działanie to trzymanie węża z wodą. Korytarzy nie tykał i te przyrastały brudem. Poza tym dobrze jest się zorientować, jak często przeprowadzana się dezynsekcje budynku i terenów wokół niego. U nas było to robione raz w tygodniu. Wystarczająco. Nie mieliśmy w mieszkaniu (drugim) ani mrówek, ani karakanów, ani innych dziwnych stworów. W innym przypadku nie pozbędziesz się żyjątek typu mrówki, karakany, itp. Gekony innsza sprawa. Ich również się nie pozbędziesz, ale to Twoi sprzymierzeńcy w walce z robactwem. Szkód nie wyrządzają (poza mini kupkami) a obecność jest nawet wskazana. Z tego wszystkiego zapomniałem wspomnieć – mieszkaliśmy na East Coat, Telok Kurau, Lor G. 300 metrów do stacji MRT Kembangan (zielona linia; 10 min. do Bugis) i 600m do plaży i East Coast Parku, który dla mnie był najprzyjemniejszym chyba miejscem w Singapurze.

    Z zsypu na śmieci usytuowanego w mieszkaniu chyba raczej bym nie korzystał. Przynajmniej my ani razu nie skorzystaliśmy. Nie wiem na ile to nasza schiza, na ile lokalne opowieści z mchu i paproci, ale zsypy to potencjalne siedlisko wszelkich robali. Więc w obawie, że kiedyś otwierając wychynie mi głowa karakanka bądź innego stwora wolałem dymać ze śmieciami na dół. Roboty niewiele, a ile na duszy przyjemniej. Wyrobiliśmy też w sobie nawyk codziennego opróżniania kosza na śmieci, a na pewno nie pozostawiania w nim żadnych odpadów żywnościowych na dłuższy czas, np. na noc. Żadnego otwartego jedzenia na zewnątrz.
    Nas również dziwiły schrony w mieszkaniach, wywołując uśmiech ironicznego pobłażania. Jest to jednak uregulowane stosownym aktem prawnym i schron musi być. Z czasem dowiedzieliśmy się do czego w głównej mierze służy w Singu schron. Poczytaj -http://cozazucie.blogspot.co.uk/2014/12/raport-z-kolonii-zamorskich-odc10-maid.html
    Jeszcze dziwniejszą, a z całą pewnością muczos zabawniejszą jest wizyta mosquito inspection jeśli zdołasz takiej doświadczyć. Nie należy lekceważyć, choć wygląda śmiesznie. Jest to lotna, która kontroluje w imieniu prawa mieszkania, czy nie ma stojących punktów wody w mieszkaniu jak i na zewnątrz. Wszystko w ramach walki z rozprzestrzeniającymi się komarami i dengą. Czasem taka komisja wygląda śmiesznie, ale jej moc karząca wbrew pozorom jest duża. Jeśli znajdą punkt stojącej wody, np. w doniczce z kwiatami skończyć sie może bardzo, bardzo wysoką grzywną. I w sumie dobrze, bo denga to problem Singapuru. Nas kiedyś zadenuncjował sąsiad – zwany przez nas chińskim komunistą – donosząc, że mamy rośliny na balkonie, w których może zbierać się woda.
    Mój komentarz nieco się rozrósł. Przez króciutki okres, w trakcie naszego pobytu w Singu starałem się prowadzić bloga. Głównie dla znajomych. Teraz blog umarł, a dokładnie ulega przeróbce, przeobrażeniu i przetytułowieniu. Wpisy wciąż jednak na nim wiszą, dlatego podlinkuje Ci co poniektóre do poczytania o singapurskiej rzeczywistości z potem na plecach i klimatyzacją ustawianą wszędzie na maksa.

    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2014/09/raport-z-kolonii-zamorskich-odc1.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2014/10/raport-z-kolonii-zamorskich-odc3.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2014/10/connecting-dots-wpis-goscinny-o-meblach.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2014/10/raport-z-kolonii-zamorskich-odc6-cbd.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2014/11/home-hunting-wpis-goscinny-o.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2014/11/raport-z-kolonii-zamorskich-odc9.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2014/12/food-adventure-part-1-wpis-goscinny-o.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2015/01/food-adventure-part-2-po-wietnamsku-w.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2015/01/raport-z-kolonii-zamorskich-odc16-biay.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2015/02/food-adventure-part-3-czyli-o.html
    http://cozazucie.blogspot.co.uk/2015/02/raport-z-kolonii-zamorskich-odc20.html

    Pozdr
    Grzegorz vel.Wilk

    • Natalia
      10 sierpnia 2015 o 17:50

      Dzięki za ogromną ilość przydatnych informacji! Mój tata kiedyś mi mówił o tych karach za wodę w doniczkach, ale myślałam, że powtarza jakąś niesprawdzoną ciekawostkę, a tu proszę. :) O agentach rozmawiałam w ludźmi z pracy i też mi mówili, że da się ich ominąć (np. tylko właściciel płaci za agenta, a osoba wynajmująca, która znalazła ofertę w internecie, już nie), o czym także wspomniałam w powyższym wpisie, ale w końcu usunęłam ten fragment, bo jakiś anonim napisał niezbyt kulturalny komentarz, że to bzdura, bo agent zawsze weźmie od nas kasę, niezależnie od sytuacji. Linki dokładnie przejrzę, będę też wdzięczna za informację, gdzie te używane meble najlepiej kupować/sprzedawać. :) Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję!

      • ~Wilk
        10 sierpnia 2015 o 21:37

        Kupnem/sprzedażą zajmowała się żona, czyniąc z tego przez pewien czas dyscyplinę sportową. Sprawiało jej to frajdę. Szukała w zasadzie tylko na Gumtree i Craiglist, ale że pozycje na obu portalach w większości się powtarzają, to tak naprawdę ograniczała się do Gumtree, jako bardziej przyjaznego i czytelnego. Można jeszcze wertować Singapore Expats, ale tam chyba nic nie znalazła. Historię swoich poszukiwań opisała w którymś z wpisów.
        Poprzez Gumtree kupiliśmy stół, (przepiekną) szafkę pod telewizor, (przepiękne) coś co służyło mi jako biurko :), krzesło do tegoż biurka, leżankę na balkon, pufę, duże lustro, lampy na biurko i do salonu oraz przezarąbisty, pachnący nowością narożnik, z powodu sprzedaży którego do dziś żona ma wyrzuty sumienia. Kupiliśmy go od pary niemiecko-greckiej, która przeprowadziła się z KL przywożąc wspominany mebel. Pech (dla nich), że był za duży do singapurskiego mieszkania co wymusiło sprzedaż. To był przefantastyczny mebel i 100% komfortu. Można się było na nim zgubić. Dodatkowo poprzez Gumtree nabyty został wypasiony – jak to się zwykło mówić – rower marki Giant.
        Na Gumtree sprzedała zaś Nati wszystko co nie było przytwierdzone do podłogi. Wspominane wyżej rzeczy plus te, które mieliśmy z innego zaciągu. Zestaw mebli balkonowych, kanapa z tzw. gabinetu/pokoju gościnnego, szafki nocne, toaletka, wszystko, dosłownie wszystko z kuchni itp., itd. Szło jak na pniu. Nie przesadzałem z tym siedzeniem na ziemi. No może ciut, bo narożnik opchneliśmy ponownie innemu Niemcowi (zrządzenie losu) trzy tygodnie przed wyjazdem, lecz z umową na odbiór dwa dni przed opuszczeniem przez nas mieszkania. Ciekawostką był fakt, że dwa dni przed „zdaniem” narożnika oblałem go czerwonym winem. To dopiero było ekspresowe czyszczenie. Szczęśliwie nie pozostała żadna plama.
        Co zaś się tyczy pominięcia agentów i poszukiwania mieszkania, wszystko co napisałem jest prawdą i rzeczywistą rzeczywistością. Oczywiście poszukiwania niosą za sobą uciążliwość przeglądania dziesiątek ofert – co zwykle robi agent – ale w końcu po co się chodzi do pracy. No chyba, żeby polatać po necie, sprawdzić pocztę i zobaczyć co nowego u znajomych na fejsie. Można więc i poprzeglądać oferty. W domu to ja zapieprz za duży mam i na takie rzeczy nie mam czasu. Brednie rzecze ten, kto mówi, że agentowi trzeba zawsze płacić. Można się spierać i dywagować na temat ukrytych kosztów, ale jako takiej, pozycji wyszczególnionej za pracę agenturalną w umowie nie ma.
        W naszym przypadku, ponieważ nie byliśmy reprezentowani, ani nie korzystaliśmy z usług agenta, nie zapłaciliśmy ani centa ponad kwotę najmu zawartą w umowie. Nie było w niej nic o opłatach dla agenta pokrywanych z naszej strony. Umowę zawieraliśmy z właścicielką mieszkania, nie z agencją czy innym podmiotem, reprezentowaną przez agenta. Właścicielka przebywała od długiego czasu za granicą. To jaki procent od rzeczonej umowy przysługiwał agentce (znów była to kobieta), to efekt kontraktu miedzy właścicielką a agencją. My ze swej strony nie płaciliśmy nic. Wszystko inne to bujda.

        • ~Alex
          18 sierpnia 2015 o 08:16

          „To jaki procent od rzeczonej umowy przysługiwał agentce (znów była to kobieta), to efekt kontraktu miedzy właścicielką a agencją. My ze swej strony nie płaciliśmy nic. Wszystko inne to bujda”.

          To że nie byliście _reprezentowani_ przez agenta się _zdarza_, tak jak zdarza się, że MRT staje. Ale zwykle tak nie będzie. Nawet wtedy gdy nie będzie pomagał w szukaniu mieszkania a czasem wręcz agent właściciela nie zgodzi się na podpisywanie umowy bez agenta drugiej strony. Nieanonimowej Natalii proponuję się zastanowić co znaczy „anonimowy” oraz „niezbyt kulturalny”.

          • Natalia
            18 sierpnia 2015 o 15:10

            Dzięki za komentarz.

            Po pierwsze, zastanowiłam się i nie zmieniłam zdania. Gdybym ja zwracała się do kompletnie obcej osoby (na dodatek w wieku nieznanym), napisałabym: Dzień dobry, uważam, że nie ma Pani racji. Dla mnie to jest kultura. Na pewno nie pisałabym: „zrób coś dla ludzi i nie pisz”. Nie zależy mi na „Pani”, ale takich obcesowych tekstów skierowanych pod moim adresem też nie mam ochoty czytać. Wystarczył mi już komentarz sympatycznej pani Oli (co jest z tymi Polakami w Singapurze…?). A anonimowy to w tym wypadku nie tylko nie podpisujący się swoim nazwiskiem (imieniem pewnie też nie), ale nawet nie podający swojego prawdziwego maila, na który mogłabym odpowiedzieć.

            Po drugie, wrócę do tego nieszczęsnego komentarza i zdania „Przykro mi ale 99% ogłoszeń pochodzi od agentów” – nigdzie ani nigdy nie napisałam, że ogłoszenia NIE pochodzą od agentów, widzę jednak, że niektórzy lubią wyciągać pochopne wnioski, więc w nowej wersji notki zaznaczyłam to wyraźnie. Mam nadzieję, że teraz już nikomu nie jest przykro.

            Co do „naszego problemu”, to trochę dziwny jest fakt, że dwie osoby ode mnie z pracy (prawdziwe, nic sobie nie wymyślam) mówią dokładnie to samo, co Wilk, i tak też znalazły mieszkanie. Okej, może to jakiś super-nieprawdopodobny zbieg okoliczności, nie wiem, ale nie mogę w takim wypadku nie uwzględnić tego we wpisie. Wpis zresztą został zmodyfikowany, mam nadzieję, że teraz wszystko jest jaśniejsze. Proszę zwrócić uwagę także na tytuł – nie bez powodu widnieje tam „pierwsze wrażenia”.

            Powiem to jeszcze raz – mimo że blog często pisany jest z przymrużeniem oka, to podchodzę do niego dość poważnie. Chcę żeby ludzie do niego wracali i oprócz moich historyjek i przemyśleń znajdowali tutaj przydatne informacje. Wszystko, co piszę na blogu, weryfikuję, zazwyczaj kilkakrotnie, szczególnie jeśli nie popieram tego własnymi doświadczeniami. Wpisy cały czas mogę poprawiać. Pozdrawiam!

          • ~Wilk
            18 sierpnia 2015 o 21:29

            A to ciekawe co mówisz, choć oczywiście nie zaprzeczam, że możesz mieć słuszność. Byłbym gotów przysiąc, że brak w singapurskim prawie regulacji mówiącej o konieczności obustronnej obecności agentów w chwili zawierania umowy najmu. Być może się mylę, dlatego prosiłbym Cię abyś wsparł się stosowną normą prawną mówiącą o powyższym. Być może najzwyczajniej, po ludzku się mylę.
            Odnośnie samej umowy, każda zawierana – biorę pod uwagę legalnie działające i licencjonowane agencje nieruchomości – wyposażona jest w odpowiednie aneksy, które wyszczególniają koszty pobierane przez takową. Nie ma mowy o niejasnościach. Agencja strony najemcy nie pobiera żadnych gratyfikacji finansowych ze strony najmującego.

            Pozdr.
            W.

        • Natalia
          19 sierpnia 2015 o 03:24

          Nasza finska wyprzedaz tak sprawnie nie poszla, ale tam ludzi mniej; ciesze sie ze tu bedzie latwiej, bo na razie nie wyobrazam sobie, zebym miala tu spedzic duza czesc mojego zycia. Kupno roweru to teraz cel zyciowy Mojego Towarzysza Podrozy, na razie kiepsko mu idzie, bo rowery albo za drogie, albo za male. Mam prosbe, jesli zdecydujesz sie ozywic blog, daj mi znac! W koncu musze miec w tej pracy cos do roboty! ;)

  4. ~Wiola
    19 sierpnia 2015 o 17:08
  5. ~Wilk
    20 sierpnia 2015 o 02:41

    Dzięki @Wiola za wsparcie naukowe. To praktycznie rozstrzyga sporną kwestię dyskusji i obala wszelkie spiskowe teorie. Ba, oświeciło mnie lotem błyskawicy, ponieważ info o istnieniu przepisu jednoznacznie określającego kwoty uposażenia pobieranego przez agencje/agentów słyszę nie po raz pierwszy. Moja własna, świetnie zorganizowana żona była wspominała mi kiedyś o tym. Gdybym tylko słuchał co do mnie mówi… Pewnie dlatego trzyma sprawy organizacyjne naszego domu.

    Natalia będziesz w gronie, które jako pierwsze dowie się o narodzinach nowego bloga. Zbieram się powoli, bo stukanie w klawiaturę sprawiało mi przyjemność. Myślę, że niedługo obwieszczę inaugurację. Chociaż znaleźliśmy się w warunkach europejskich, mało spektakularnych i zastanawiam się jak taki blog miałby wyglądać ponieważ nie chcę by był to dzienniczek pamiętniczek.

    Odnośnie rowerów, to rozumiem Was doskonale. My do Singu sprowadziliśmy się z rowerowej Holandii. Tam rower służył nam jako najlepszy i najprostszy środek lokomocji. W obrębie miasta poruszaliśmy się tylko rowerami. Wiosna, lato, jesień, zima. Toteż po przyjeździe do Singu Nati już po dwóch tygodniach nabyła rower w Giancie. Dla mnie był za mały i w dodatku badziewny. Po kilku miesiącach zarósł rdzą. Kolejne zamówiła Nati w sklepie, który sprowadzał chińskie imitacje „holendrów”z Chin. Na zdjeciach faktycznie przypominały pierwowzory, ale były strasznie ciężke, toporne i jakość wykonania pozostawiała nieco do życzenia. Przynajmniej były normalnych rozmiarów (26’ i 28’). Nie mniej do jazdy do i w East Coast Parku oraz po okolicy służyły nam do ostatnich dni pobytu. Poza tym do bardziej intensywnej jazdy miała Nati jeszcze wspominany rower Geant, kupiony od opuszczającego Singapur Amerykanina.

  6. ~Marek
    30 sierpnia 2015 o 19:25

    Czy wie ktos moze o jakis wolnych pokojach?

  7. ~Azjaodkuchni
    22 września 2015 o 08:31

    Widzenie rzeczywistosci jest zawsze subiektywne :) Pozdrawiam z przedmieść Chicago i obiecuje, że będę tu zagladac z sentymentalnu do Singapuru.

    • Natalia
      22 września 2015 o 08:46

      Hej! Dzięki, ja Twojego bloga „przekopałam”, gdy rozważałam przeprowadzkę do Singapuru. :) Przeprowadziliście się do Stanów!? Chyba zazdroszczę. Chociaż rozważam Australię. Albo powrót do Skandynawii, gdzie było całkiem miło, mimo niemiłej pogody… Pozdrawiam serdecznie!

  8. ~Azjaodkuchni
    22 września 2015 o 13:38

    Zmienilsmymamy kraj prawie 10 miesiecy temu i nawet amerykanskiego bloga juz otworylismy ale poki co popełnilismy jeden wpis. Nie zazdrość przeprowadzki ciesz sie tym co masz. My jeszcze nie przywykliśmy do pustych ulic, zimna ( tu ciagle wieje) , amerykanskich odległości i paskudnego żarcia….. Brakuje nam singapurskich nauczycielek naszego dziecka ( najbardziej matematyczki zwanej Pirania), ulicznego gwaru, metra które dowiedzie wszędzie, przyjaciół i jedzenia….dlatego będę Cię odwiedzać i chętnie spojrzę na Singapur z innej perspektywy.

    • Natalia
      23 września 2015 o 08:37

      Na poprzednim blogu chyba nie ma żadnej wzmianki, że się przeniosłaś, może warto odesłać czytelników? :) Puste ulice, zimno, nieustanny wiatr, paskudne żarcie – to brzmi jak opis Finlandii! Czyli całkiem zachęcająco… Szczególnie te puste ulice do mnie przemawiają, bo „ulicznym gwarem” czuje się na razie strasznie przytłoczona. Z jedzeniem w Singapurze już jest u mnie trochę lepiej; nie wiem, czy to dlatego, że się przyzwyczajam powoli, czy po prostu nauczyłam się wybierać. Mam wrażenie, że duże miasta straciły dla mnie swój urok totalnie, najchętniej zaszyłabym się na jakimś pustkowiu. Ale pewnie się przyzwyczaję. :)

      • ~azjaodkuchni
        24 września 2015 o 01:20

        Ciszy i wiewiórek, które strasza mnie za każdym razem gdy wyrzucam śmieci chętnie bym się pozbyła. ;)
        Natalia nasi czytelnicy wiedzą, że zmieniliśmy kraj ( pisaliśmy o tym 27 i 31 grudnia zeszłego roku) za każdym razem dając link do nowego bloga. Obiecaliśmy też, że w ramach bonusu opiszemy naszą wycieczkę do Japonii i dotrzymamy słowa.

        • Natalia
          28 września 2015 o 03:21

          Koło naszego basenu czasem przemykają szczury, milion raz wolę wiewiórki! :) Sama jestem ciekawa, czy uda mi się w końcu polubić ten Singapur chociaż trochę. Jakiś czas temu byłam na Waszym blogu, obejrzałam zdjęcia z Tokio. Jakby rzucił mi się w oczy link do nowego bloga, na pewno bym kliknęła, a tak to przejrzałam zdjęcia i uciekłam. Może inni (mniej systematyczni czytelnicy) zrobią tak samo i szansa odkrycia nowego bloga im przejdzie koło nosa. Trzymajcie się ciepło w zimnej rzeczywistości! :)

  9. ~Firma w Singapurze
    22 marca 2016 o 14:31

    Polecam serwis firmawsingapurze.pl jeżeli jakiegoś Polaka interesuje założenie tam biznesu :)

  10. ~viki
    25 lutego 2017 o 20:41

    Witam. Czy relacje z życia w Singapurze już zamknięte? Bardzo na nie liczyłam. Pozdrawiam Katarzyna

  11. ~Nescafeoro
    21 marca 2017 o 12:05

    Dzień dobry!
    Czytam z dużym zainteresowaniem Twojego bloga a skoro sama napisałaś, że jeśli ktoś ma pytania może pytać – zatem pytam :-) W związku z pracą męża w ciągu najbliższych miesięcy musimy przeprowadzić sie do Singapuru. Mamy małe dzieci w wieku żłobkowym. W związku z tym pojawia sie pytanie gdzie najlepiej zamieszkać z małymi dziećmi w niezbyt dużej odległości od Raffles Place. Boję się, ze jak mąż pójdzie do pracy a zamieszkamy daleko to cały dzień będę z nimi sama, bo straci parę godzin na dojazd… Na co zwrócić uwagę wybierając condo ? Dzieci są baaardzo ruchliwe …
    Pozdrawiam Nesca

    • Natalia
      22 marca 2017 o 10:08

      Hej. Ja mieszkam i pracuję na zachodzie Singapuru, a Raffles Place jest w samym centrum, więc trudno mi doradzić konkretne miejsca/conda. Mogę tylko powiedzieć, że raczej niewielka szansa, że straci „parę godzin” na dojazd. :) Transport publiczny w Sg działa dobrze, a do centrum łatwo się dostać. Ja do Raffles Place mam nieco ponad pół godzinki metrem (zieloną linią), a mieszkam dość daleko. Ale nie polecam szukać mieszkań za zachodzie, już raczej na wschodzie. :) Najlepiej chyba przeglądać oferty w danej części miasta i jeśli znajdzie się coś interesującego, sprawdzić dojazd z tego miejsca do Raffles Place. Jeśli nie chce Wam się szukać mieszkania na własną rękę, możecie zatrudnić agenta (jest to tutaj bardzo popularne, ale nie niezbędne), który Wam poszuka kilka miejsc, które w jakimś stopniu będą spełniały Wasze wymagania. Jeśli chodzi o conda, to może warto zwrócić uwagę na wiek, bo te nowsze zawsze się prezentują lepiej. My na przykład zwracaliśmy uwagę na wielkość basenu. ;) Nie wiem, czy pomogłam, ale jak masz jeszcze jakieś pytania, możesz pisać na podgwiazdapolarna@gmail.com.

  12. 18 kwietnia 2017 o 22:11

    Super wpis! Mieszkanie w jakimś egzotycznym kraju jest moim wielkim marzeniem, cieszę się, że Tobie się to udało. Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Facebook