Nie do końca udany wypad na Bintan (Indonezja)

2 Flares Facebook 0 Twitter 0 Google+ 2 Pin It Share 0 2 Flares ×

Indonezyjska wysepka Bintan to popularny wybór wśród mieszkańców Singapuru, którzy mają ochotę na „wypad za miasto”. Najczęściej taka wycieczka rozpoczyna się rejsem szybkim promem z Singapuru do portu usytuowanego na północy wyspy (niecała godzina), skąd turyści zabierani są do któregoś z niedaleko położonych nietanich hoteli i na jego terenie spędzają kilka przyjemnych (nudnych?) dni. Nie jest to rzecz jasna styl podróżowania, który do nas przemawia (aczkolwiek od pewnego czasu lekko pomrukuje…), więc my swoją przygodę z wyspą zaczęliśmy na terminalu w brzydkim Tanjung Pinang (główne miasto na wyspie), gdzie sklepu odzieżowego Marco Polo raczej nie znajdziecie. Znajdziecie za to miłych panów taksówkarzy, których wachlarz usług jest dość szeroki – jeden z nich na przykład wypożyczył nam swój własny skuter, na który zapakowaliśmy się razem z bagażami i wyruszyliśmy na północny wschód – w stronę plaż Trikora.

Bintan

Mimo piszczących w nocy szczurów i rozdrobnionej główki czosnku w każdym posiłku, ośrodek na wodzie, w którym wynajęliśmy domek, był całkiem przyjemny. Mówię poważnie – było klawo. Nawet kwestia braku kanalizacji mnie niespecjalnie poruszyła – woda w morzu jest tam całkiem czysta, radzę tylko unikać pływania po stronie zawietrznej ośrodka, żeby przypadkiem nie trafić na jakąś siurpryzę. Z kanalizą czy bez, wydaje mi się, że w Indonezji i tak wszystko trafia do morza, więc właściwie co za różnica… A podziwianie z okna łazienki swojego najświeższego dzieła, odpływającego w dal przy akompaniamencie fal na tle zachodzącego słońca to przecież eksperiencja wybitnie nietuzinkowa.

Bintan

Cały wyjazd był właściwie ciągiem pechowych sytuacji. Na szczęście obyło się bez tak dramatycznych zwrotów akcji, jak na przykład w Tajlandii, gdzie zgubiłam paszport, niemniej jednak drepczący nam po piętach Mały Pech okazał się dość męczącym towarzyszem podróży. Już na początku okazało się, że na promie zostawiłam śpiwór, który służył mi podczas rejsu za poduszkę. Właściwie była to wkładka do śpiwora, która w ciepłych krajach przejmuje jego funkcję, więc jest bardzo przydatna (czasami „hotelowe” pościele pozostawiają nieco do życzenia). Kolejnego dnia rano ze smutkiem skonstatowaliśmy, że ktoś w nocy zrobił dziurę w karoserii naszego skutera, a humory popsuł nam jeszcze bardziej właściciel ośrodka, który oświadczył, że pewnie dostaniemy mandat, bo brakuje nam tylnej tablicy rejestracyjnej, o odpowiednich dokumentach nie wspominając. (Chociaż przezorny Pan Taksówkarz nie omieszkał dać nam lekcji z cyklu „co robić, gdy zatrzyma was policja”, która to lekcja brzmiała następująco: just speak your language, speak Polish!) Tego samego, niemile rozpoczętego dnia wypłynęliśmy kajakiem w morze, żeby ponurkować na trochę głębszych wodach, i przy pierwszej próbie jakichkolwiek manewrów wywróciliśmy się dnem do góry (zgodnie zresztą z moimi przewidywaniami, ale Bartek był uparty – przecież po tym kajaku da się nawet chodzić!). W wyniku tego zdarzenia straciliśmy okulary przeciwsłoneczne, rurkę do nurkowania i moją żółtą sukienkę, która przywiązana była do linki na kajaku. Sukienka była pamiątką z Indii – kosztowała grosze, ale jeśli wziąć pod uwagę krew, pot i łzy, które pochłonęły moje szaleńcze negocjacje z hinduską handlarką, była wcale wartościowa. Gdy udało nam się zebrać nieco do kupy, Bartek wsadził mnie z powrotem na kajak, wydając polecenie „płyń do brzegu”, a sam udał się na poszukiwania zgubionych rzeczy (jak się później okazało – bezowocne). W łódeczce nadal było sporo wody, co w połączeniu z silnym wiatrem i moimi groteskowymi bicepsami zakończyło się tym, że mimo opętańczych prób wiosłowania, szybko znalazłam się zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Zła i zmęczona byłam potwornie, a gdy zobaczyłam w oddali Bartka, machającego beztrosko ręką, żebym wracała, w przypływie desperacji rzuciłam wiosłem w pierony, zastanawiając się, czy przypadkiem to nie jest już ten moment, gdy powinnam się rozpłakać z bezsilności. Bezsensowne dryfowanie nie stanowiło dobrej opcji, więc wysiadłam z kajaka, bo płytko już było, niestety tak nieszczęśliwie, że nadepnęłam na jeżowca. Dopełnieniem tego obrazu nędzy i rozpaczy, było moje bardzo bolesne w skutkach potknięcie się o kamień, gdy w obawie przed kolejnymi czarnymi parszywcami, założyłam płetwy. Wtedy jeszcze nie byłam świadoma, że najgorsze i tak dopiero miało nadejść – podczas tej szarpaniny z kajakiem tak sobie poparzyłam plecy, że nie mogłam na nich spać przez kilka kolejnych nocy…

Pozbywszy się piekielnej łódki, zjedliśmy czosnek z dodatkiem obiadu i po przeczekaniu mojej niedyspozycji (bo bez nieustannych problemów żołądkowych ten wyjazd nie byłby wystarczająco niefartowny) wyruszyliśmy na naszym zdewastowanym skuterze w kierunku najwyższego wzniesienia na wyspie – Gunung Bintan (około 370  n.p.m.). Zanim jednak do stóp „góry” dotarliśmy, zanim znaleźliśmy początek szlaku (co łatwe nie było), słońce okazało się zbliżać ku końcowi swojej codziennej, podniebnej wędrówki i zmuszeni byliśmy sobie wspinaczkę odpuścić. Szczyt został zatem niezdobyty. Dzień ten okazał się także porażką, jeśli chodzi o poszukiwania buddyjskiej świątyni Lohan – jednej z nielicznych atrakcji na wyspie. Pytani w przydrożnych sklepikach tubylcy, albo nie wiedzieli, o co nam chodzi, albo ich wersje się wykluczały (swoją drogą, mieszkańcy wyspy – w znacznej większości muzułmanie - są nieprzeciętnie pomocni i mili.) Kolejny dzień nie przyniósł lepszych rezultatów, a pytaliśmy nawet obsługę hoteli na północy wyspy. Nie byliśmy gośćmi żadnego z tych drogich ośrodków, ale kolor skóry upoważniał nas do wjazdu, gdziekolwiek chcieliśmy, więc część dnia spędziliśmy na czystych (miła odmiana) hotelowych plażach, pijąc coca-colę za 5 dolarów singapurskich puszka. W naszej restauracji zapłacilibyśmy pewnie z  10 000 rupii (1 S$), o zwykłych sklepach nawet nie mówię. 

Wracając do świątyni Lohan, zwanej inaczej świątynią Pięciuset Arahantów, to znaleźliśmy ją ostatniego dnia i nawet niespecjalnie mnie zdziwił fakt, że była zamknięta z powodu prac renowacyjnych. Trzy dni poszukiwań i prześladowania panów sklepikarzy na marne – całkiem stosowne podsumowanie naszej wycieczki. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek wróciła na Bintan, ale jeśli Was złośliwy Los postanowi tam zabrać, zajrzyjcie do świątyni Lohan, bo pięćset naturalnych rozmiarów posągów ludzi (a dokładniej wspomnianych arahantów, czyli oświeconych) to na pewno widok niecodzienny. Z oczywistych względów swoich zdjęć nie posiadam, więc postanowiłam pożyczyć jedno ze strony aboutbintan.com.Lohan

Podróż powrotna do Singapuru też nie była specjalnie przyjemna, nie wspominając o „szarpaninie” w porcie. Najpierw powiedziano nam, że miejsc na promie już nie ma i czekać musimy cztery godziny na następny. Gdy siedzieliśmy zasępieni w gorącej poczekalni (ja znowu gnębiona przez zdradziecki żołądek), przyszedł do nas jakiś facet, który oznajmił, że wszystko załatwi, po czym zabrał nasze paszporty i uciekł. Bartek niezwłocznie rzucił się za delikwentem w pościg, za chwilę jednak przyleciał z powrotem, twierdząc, że on sam ma „ogon” w postaci Pana Taksówkarza, który najwyraźniej zorientował się, że jego skuter nie wygląda dokładnie tako samo, jak kilka dni temu (nie to, że coś ukrywaliśmy, obejrzał go przy nas…). Zdezorientowani próbowaliśmy ustalić jakiś plan działania (nie spieszno nam było płacić za coś, czego nie zrobiliśmy), gdy obaj panowie jak jeden mąż pojawili się w poczekalni – jeden z biletami (i paszportami), krzycząc, że mamy biec na prom, bo zaraz odpływa, a drugi (Pan Taksówkarz) chyba bez żadnego konkretnego celu, bo gdy zobaczył, że się spieszymy, życzył nam dobrej podróży, po czym sam usiadł w gorącej poczekalni. Na koniec tej smutnej opowiastki jeszcze tylko dodam, że gdy biegłam na prom, rozpadła mi się japonka, a całą powrotną podróż stałam na zewnątrz, bo nie było już miejsc siedzących. Nie byłby to fakt godny wzmianki (podróż trwała 2 godziny), gdyby nie to, że za towarzyszy podróży miałam cały czas zbuntowaną kupę złomu* i panów palących papierosy.

* Ludzie! Ja morze kocham! Ja morze szanuję!
Ja się na morzu bardzo dobrze czuję,
Lecz wożę z sobą tę kupę złomu,
Co bardzo lubi siedzieć w domu.

- fragment szanty „Ciałko” autorstwa Jerzego Porębskiego

Bintan

Sprawy praktyczne:

Skuter od pana taksówkarza w Tanjung Pinang wypożyczyliśmy za 20 dolarów singapurskich za dzień.

Ośrodek, w którym mieszkaliśmy to Bintan Laguna Restaurant and Resort. Bardzo miła obsługa.

Poza północnym wybrzeżem, ceny nie są wysokie. Przy drodze podejrzanie wyglądające, ale często nawet niezłe, obiady można kupić za grosze (mniej niż 20 000 rupii – około 5 złotych).

Współrzędne geograficzne świątyni Lohan: 0.904708, 104.539811. Z Tanjung Pinang jedziecie w stronę lotniska, które mijacie po lewej, niedługo później skręcacie z głównej drogi w prawo i jedziecie w górę. Nie pamiętam dokładnie nazwy tej dróżki, w którą trzeba skręcić, ale jest w niej na pewno słowo Africa (tablica z tą nazwą stoi przy głównej drodze). Spójrzcie na mapkę.

Jeśli macie jakieś pytania, piszcie śmiało!

The following two tabs change content below.

Natalia

Autorka
Włóczykij, nurek, biotechnolog. Mieszka w Singapurze, tęskni za Finlandią. Lubi czytać, nad miasta przedkłada łono natury, a na blogu promuje odpowiedzialne podróżowanie.

  4 comments for “Nie do końca udany wypad na Bintan (Indonezja)

  1. 11 października 2015 o 11:09

    Czasem tak jest, że jak już coś ma pójść źle, to nie jedna rzecz, a wiele.. Teraz macie więcej do opowiadania! Bo z dwojga złego, wróciliście cali i zdrowi :)

  2. ~Ale jak to się czyta!
    17 października 2015 o 06:27

    Po paru mięsiącach (latach?) to będzie jedna z wypraw do wspominania! a ile śmiechu będzie przy tych wspomnieniach!

    Pacyf

  3. ~Jacek
    8 sierpnia 2016 o 16:33

    Mam pytanie. Wykupywaliście Państwo wizę do Indonezji

    • Natalia
      10 sierpnia 2016 o 09:22

      Nie, Polacy mogą spędzić w Indonezji 30 dni bez wizy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Facebook