Camiguin – wyspa zrodzona z ognia (Filipiny)

- The flight to Cebu is overbooked, I’m sorry for the inconvenience – wyrecytowała po raz kolejny zblazowana pani, patrząc tępo w ekran monitora, i po raz kolejny neurony mojego mózgu pozostały niewzruszone. W konkursie na najbardziej bezrozumny wyraz twarzy walka między mną a kobietą zza lady byłaby niezwykle wyrównana. Godzina była druga w nocy i sytuacja, w której się z Bartkiem znaleźliśmy, była dla mnie w rzeczy samej niepojęta. Plan był prosty – lecimy z Singapuru na Camiguin przez Cebu, a podróż trwa góra sześć godzin. Wszystko zaczęło się komplikować już miesiąc wcześniej, kiedy to dostaliśmy informację, że lot do Cebu jest przesunięty, co dla nas oznaczało niezły ambaras. Nie będę zanudzać Was szczegółami, ani opisywać telefonicznych batalii z liniami Cebu Pacific, które to rozmowy kosztowały Bartka sporo nerwów i na wiele się nie zdały. Ważne jest, że mimo utrudnień, wycieczka na Filipiny nie została odwołana, tylko jej plan uległ pewnym – dość kłopotliwym – modyfikacjom. Zgodnie z nowym harmonogramem stawiliśmy się w środku nocy na singapurskim lotnisku, gdzie jednak zamiast kartami pokładowymi, ponownie uraczono nas informacją, że nie możemy lecieć. Pasażerów jest za wielu – nie zmieścimy się. I tyle. Jedyną reakcją znudzonej kobiety w przeraźliwie żółtym polo na nasze oburzenie było lekkie zdziwienie. Przecież wszystkie linie lotnicze tak robią, a w ogóle to powinniśmy być wdzięczni, że możemy lecieć następnym (rannym) samolotem „za darmo”. No tak, witamy w Azji. Wyprawę zatem rozpoczęliśmy noclegiem na lotniskowej podłodze – bo do domu wracać nie było warto – a cała podróż z Singapuru na Camiguin zamiast sześciu godzin trwała dwa dni i co gorsza obejmowała nocleg w okropnym Cebu. Już raz to smutne miasto uwięziło nas w swoich zgniłych wnętrznościach (rok temu, gdy próbowaliśmy się dostać na Siquijor) i myśl o powtórce z tej wątpliwej jakości rozrywki napawała mnie przygnębieniem. Humoru na pewno nie poprawiłaby mi świadomość, że tym razem nasza filipińska odsiadka będzie obfitować w dodatkowe atrakcje typu apokaliptyczne oberwanie chmury. Niepozorny, lekki deszczyk, który towarzyszył nam w Cebu podczas poszukiwań kolacji w pewnym momencie zamienił się w hydrologiczne, dzikie szaleństwo. Kilkanaście minut wystarczyło, żeby ulice zamieniły się w rwące potoki, i żebym pomimo parasola przemokła do suchej nitki. Ociekając wodą, zjedliśmy resztki z pierwszego lepszego grilla rozstawionego przy drodze, a nie najlepszy smak pieczonych parówek został nam wynagrodzony uprzejmością pana kucharza, który załatwił nam powrotną podwózkę. Jako że noc była jeszcze młoda, a pogoda spacerom nie sprzyjała, postanowiliśmy zahaczyć o jeden z barów karaoke (niezwykle na Filipinach popularnych), gdzie nieco zmarznięta zaopatrzyłam się w herbatę i sączyłam ją, obserwując małe wodospady, wydobywające się z dziur w suficie. Być może strumień wody lecącej przez otwór na żarówkę był powodem, dla którego w pewnym momencie wysiadł prąd. Gospodarze byli jednak przygotowani na taki rozwój wydarzeń i na brudnych, rozklekotanych stolikach szybko pojawiły się długie i wąskie świeczki. Zmęczeni długą podróżą i ciekawym dniem powlekliśmy się w końcu do naszej gospody, gdzie okazało się, że limit na niespodzianki nie został jeszcze tego dnia wyczerpany. Po włączeniu światła w łazience nastąpił mały wybuch (spowodowany zapewne mokrymi przewodami), a konsekwencjami tej dość głośnej eksplozji były czarny sufit i brak prądu w całym domu…

Po tak zagmatwanym i burzliwym początku naszej wycieczki podświadomie musiałam się spodziewać kontynuacji czarnego scenariusza, bo gdy trzeciego dnia punktualnie i bez żadnych problemów dolecieliśmy na skąpany w słońcu Camiguin, byłam mile zaskoczona.

Camiguin

Na mini-lotnisku dopadł nas sympatyczny Sonny, kierowca tricykla, któremu pozwoliliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – nie tylko skorzystaliśmy z jego standardowych usług, ale także dogadaliśmy się w sprawie wypożyczenia skutera, który okazał się być różową maszyną z różowym różańcem oplatającym kierownicę. Na szczęście różaniec nie był jedynym środkiem bezpieczeństwa, w zestawie były również kaski. Po zdobyciu środka transportu i rozlokowaniu się w naszym domku nad morzem, nie pozostawało nam nic innego, jak rozpocząć eksplorację Camiguin. Pierwszy dzień na wyspie upłynął nam na pozbawionej planu przejażdżce i oglądaniu wszystkiego po drodze. Zaczęliśmy od drogi krzyżowej (Walkway to the Old Volcano and Stations of the Cross), jednak kiczowate, zdeformowane figury w naturalnych rozmiarach i męczące podejście sprawiły, że zawróciliśmy już po pierwszym upadku Jezusa. Dalsza trasa obejmowała między innymi ruiny hiszpańskiego kościoła, zniszczonego dziesiątki lat temu przez jeden z wulkanów, w których to ruinach nakarmiliśmy kozę, smutny bąbelkowy basen w miejscowości Bura, gdzie wlepione we mnie oczy miejscowych skutecznie zniechęciły mnie do pływania, oraz miły dla oka wodospad Tuasan. Kawę i koktajle ze smoczych owoców wypiliśmy w kawiarni The Beehive, którą polecam chociażby ze względu na spokój i ładny widok. Można tam także nabyć miód wyprodukowany podobno na Camiguin przez europejskie pszczoły.

Camiguin

Dzień zakończyliśmy nieplanowanym “spacerem” trasą wiodącą do mniejszego wodospadu Binangawan, której początek przez osoby niewtajemniczone jest chyba niemożliwy do zlokalizowania. Gdybyśmy nie natknęli się przypadkiem na trzech Filipińczyków, musielibyśmy sobie tę atrakcję odpuścić, co nie byłoby takie głupie, bo szlak okazał się być stromy i dość trudny, a ja do dyspozycji miałam tylko japonki. Sam wodospad z nóg raczej nie zwala. Z uwagi na późną porę, przechadzki do większego wodospadu Binangawan w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Warto dodać, że ze stromej, asfaltowej drogi prowadzącej do punktu startowego obu szlaków można momentami zobaczyć bardzo ładne obrazki, na przykład poniższy.

Camiguin

Pierwszy nasz dzień na Camiguin spędziliśmy zatem intensywnie i ciekawie, chociaż dla mnie na pewno nie był on tak emocjonujący, jak pierwsza noc. Komu zresztą nie podskoczyłoby ciśnienie, gdyby w środku nocy po podniesieniu klapy sedesowej ujrzał wielonogiego potwora. Co prawda ów “potwór” okazał się być tylko niewinnym krabem podróżującym kanalizacją, ale zaspanemu arachnofobowi z rozsądnym myśleniem po drodze zazwyczaj nie jest. Po fragmentarycznym poskładaniu myśli odetchnęłam z ulgą i wzruszywszy ramionami, spuściłam wodę. Gdybym wiedziała wtedy, że kolejnej nocy odwiedzi nas wielki pająk, będący naprawdę wielkim pająkiem, pewnie nie kładłabym się ponownie spać w tak beztroskim nastroju.

CamiguinŻeby zrównoważyć aktywny dzień pierwszy i przygotować się na forsowny dzień trzeci, dnia drugiego postanowiliśmy się trochę poobijać. Podczas śniadania, na które składały się bardzo dobre naleśniki z bananami, ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z właścicielką naszego ośrodka, z której to rozmowy wynikało, że najlepsze miejsce na uskutecznianie nieróbstwa to pobliska wysepka Mantigue. W przeciwieństwie do popularnej White Island, która jest niczym więcej, jak skrawkiem piasku otoczonym wodą, niewielka Mantigue w ofercie poza plażą posiada również drzewa i sklepik, co sprawia, że można tam spędzić właściwie cały dzień. Wyśmienicie. Kontenci, wrzuciliśmy do plecaków sprzęt do “snorkelingu” oraz czytniki e-booków, i bez zwłoki wyruszyliśmy w kierunku miejsca, z którego na Mantigue odpływają wodne taksówki. Po drodze zahaczyliśmy także o otoczony piękną zielenią wodospad Katibawasan – wąską strugę wody spadającą z wysokości 70 metrów (zdjęcie). Jak to często na Filipinach bywa, rysę na tym ładnym, przyrodniczym obrazku stanowią otaczające wodospad betonowe chodniki i schody. Jeśli chodzi o Mantigue – dostaliśmy dokładnie to, co dostać chcieliśmy. Wysepka jest czysta, spokojna, pod wodą kwitnie barwne życie, a z plaży można podziwiać zielony Camiguin.

 

 

Mantigue

Mantigue

Mantigue

Prawdą jest, że ze spokojem można tam przebimbać cały dzień, nie byłoby to jednak w naszym stylu. Gdy tylko nasyciliśmy się walorami wyspy, powróciliśmy na Camiguin, gdzie wykorzystaliśmy resztę popołudnia na wizytę w sanktuarium małży (Giant Clam Sanctuary), znajdującym się koło plaży Kabila (Kabila White Beach). Co prawda ja już miałam dość nurkowania na ten dzień, ale Bartek z entuzjazmem podążył do wody za przewodnikiem, który zabrał go do świata wielkich małży. W sanktuarium można zobaczyć między innymi przydacznię olbrzymią (Tridacna gigas), czyli największego małża na świecie – może ważyć nawet 300 kilogramów. Na Filipinach niestety przydacznie zostały wyjedzone; sanktuarium to jedno z nielicznych miejsc w tym rejonie, gdzie można je podziwiać.

Camiguin

Camiguin to niewątpliwie urokliwe wodospady i rajskie mini-wysepki, przede wszystkim jednak Camiguin to wulkany. Nie bez powodu o wyspie mówi się The Island Born of Fire, bo to właśnie pacyficzny pierścień ognia odpowiada za jej istnienie. Wulkaniczny charakter to przekleństwo wyspy, ale w pewnej mierze także dobrodziejstwo – w końcu to wulkanom mieszkańcy zawdzięczają większość atrakcji, na przykład gorące źródła czy zatopiony cmentarz, o szlakach trekingowych nie wspominając. Wypad na Camiguin postanowiliśmy zwieńczyć oddając cześć właśnie jej wulkanicznej naturze, czyli wspinając się na wulkan Hibok-Hibok (1332 m n.p.m). Może nie jest on najwyższym wulkanem na wyspie – która generalnie nie imponuje wysokościami – ale za to jest jedynym aktywnym, a to już coś. Co prawda ostatni raz wybuchł prawie siedemdziesiąt lat temu, ale dramatyzmu na pewno dodaje fakt, że w ostatecznym rozrachunku zabił wtedy ponad trzy tysiące osób (za Wikipedią). Zaopatrzeni w słodkie bułki, banany i zapas wody rozpoczęliśmy wędrówkę do krateru od strony wioski Yumbing, czyli można by rzec od tyłu. Przy wejściu na szlak przywitała nas sporych rozmiarów tablica przypominająca o obowiązkach uiszczenia opłaty za wstęp i posiadaniu przewodnika. Minęliśmy ją bez słowa, targani lekkimi wyrzutami sumienia, ponieważ pozwolenia na wejście do parku zdobyć nam się nie udało. Jeśli chodzi o przewodnika, to podobnie jak w przypadku indonezyjskiego Merapi, tak i tym razem postanowiliśmy się zmierzyć z wulkanem samotnie, mając do dyspozycji jedynie kapryśny GPS. Chcieliśmy przekonać się na własnej skórze, czy rzeczywiście przewodnik jest nieodzowny, ponieważ internet nie był w stanie udzielić nam na to pytanie satysfakcjonującej odpowiedzi. Zgubiliśmy się już na samym początku. Problem stanowią liczne ścieżki odchodzące od szlaku i wijące się między palmami kokosowymi. W pewnym momencie zboczyliśmy za bardzo na zachód, w konsekwencji czego wylądowaliśmy w wyschniętym korytku rzeki, gdzie potykając się o korzenie i kokosowe skorupy, stoczyliśmy beznadziejną walkę ze stadem żarłocznych komarów. Mając odbiornik GPS, nie sposób jednak zgubić się na długo i wkrótce wdrapaliśmy się ponownie na szlak, zostawiając za sobą krwiożercze owady i podstępne łupiny. Prowadząca przez las trasa była łatwa i równa, co upadkowi Bartka nadaje niewątpliwie rangę wybitnego osiągnięcia, szczególnie gdy dodamy do tego zakażenie gronkowcami, które wyszło na jaw w Singapurze i skutkowało antybiotykową terapią. Mimo brzydko wyglądającej rany i puchnącej w przeraźliwym tempie nogi, Bartek postanowił kontynuować wędrówkę, więc nie pozostało mi nic innego jak z mieszanymi uczuciami podreptałać za nim. (Wniosek z tej historii taki – warto mieć przy sobie coś odkażającego.) Droga z Yumbing do krateru, mimo że długa, jest bardzo przyjemna. Gdy już wydostaliśmy się z kokosowego labiryntu, wpadliśmy w zielone ramiona lasu deszczowego, przez który wiodła niewymagająca, zacieniona ścieżka, pozbawiona zdradliwych rozgałęzień.

Camiguin

Camiguin

Camiguin

Drugie śniadanie pochłonęliśmy, podziwiając z wysokości Białą Wyspę, którą można było dostrzec wśród tropikalnego gąszczu, ale kilka zagubionych komarów i chłód, który na tej wysokości zaczął dawać się we znaki, nie pozwoliły nam długo cieszyć się tą chwilą wytchnienia. Odpocząć postanowiliśmy dopiero w kraterze wulkanu, gdzie otoczeni zielonymi ścianami pod ruchomym sufitem chmur rozłożyliśmy się nad brzegiem małego jeziorka, celebrując osiągnięcie celu.

Camiguin

Po zjedzeniu wszystkich zapasów i dostatecznym zmarznięciu, nie pozostawało nam nic innego, jak wyruszyć w dalszą drogę, zagwozdkę stanowił tylko kierunek. Za powrotem do Yumbing przemawiał skuter, który tam zostawiliśmy, na dodatek internet podpowiadał, że ta trasa jest łatwiejsza i przyjemniejsza, co także nie było bez znaczenia, szczególnie biorąc pod uwagę pokiereszowaną nogę Bartka. Z drugiej jednak strony, co to za radość wracać tą samą drogą? Po burzliwej dyskusji i kilkukrotnej zmianie planów, wybraliśmy marsz w nieznane, której to decyzji pożałowaliśmy bardzo szybko. Co prawda początek tej trasy, prowadzącej przez najwyższy punkt całego szlaku, prezentuje się ciekawie. Gdy wiatr rozproszył na chwilę chmury, naszym oczom ukazał się „szczyt” Hibok-Hibok, na który podobno wejść nie sposób, oraz położony w dole krater. Drugi punkt widokowy rozpościera się na Yumbing i White Island, a drogę do niego urozmaicają duże ilości mięsożernych dzbaneczników. I to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy szlaku Ardent.

Camiguin

Camiguin

Camiguin

Zejście z Hibok-Hibok zajęło nam dwa razy więcej czasu, niż wejście, mimo że droga jest prawie dwa razy krótsza. Szlak prowadzący z krateru do gorących źródeł Ardent jest niezwykle stromy, bardzo wymagający i – pomijając ładne widoki na samej górze – nie daje wiele w zamian. Gdy dowlekliśmy się do celu, słońce wisiało nisko nad horyzontem, a my byliśmy ledwo żywi; ja miałam pokaleczone stopy, a Bartka uszkodzona noga przywiodła go do kresu wytrzymałości. Odpuściliśmy sobie kąpiel w gorących źródłach (zapewne tak samo „uroczych”, jak bąbelkowy basen w Bura), podobnie jak negocjacje z pierwszym lepszym kierowcą tricykla, który podwiózł nas do Yumbing. Następnego dnia wracaliśmy już do Singapuru, a ja, obolała i pokaleczona, po raz nie wiem który zaklinałam się, że na następnym wyjeździe w końcu odpocznę…

Camiguin

Informacje praktyczne

Noclegi. Na Camiguin spaliśmy w popularnych Marianita’s Cottages – bardzo miła pani właścicielka, czyste pokoje. Kraby w muszli klozetowej i pająki mogą się przytrafić wszędzie, więc nie powinny Was zniechęcać. Plaża koło ośrodka nie jest ładna, ale Camiguin z pięknych plaż raczej nie słynie (nie liczę Mantigue albo White Island). W Cebu spaliśmy w położonym niedaleko lotniska Dee Guest House. Było okay, mimo wybuchających żarówek.

Transport. Cebu – Camiguin. Z Cebu na Camiguin lata Cebu Pacific i jest to najszybsza i najwygodniejsza opcja. Alternatywą są promy. Na wyspę można dopłynąć z Cagayan de Oro (Mindanao), Cebu i Jagny (Bohol). Cebu. Jeśli macie zamiar podróżować po Cebu, to taksówki na lotnisku znajdują się na prawo po wyjściu z lotniska. Białe taksówki są tańsze. Camiguin. Najwygodniej wypożyczyć skuter (my płaciliśmy 350 peso za dzień) lub poruszać się tricyklami. Transport publiczny także istnieje (jeepney), na pewno jest bardzo tani, ale nie korzystałam. Za wodne taksi na Mantigue zapłaciliśmy 500 peso (płynęliśmy w cztery osoby).

Ile dni na Camiguin? Jeśli chcecie zobaczyć większość atrakcji, zachowując rozsądne tempo, moim zdaniem cztery dni są idealne. Dzięki mojej “ulubionej” linii Cebu Pacific my mieliśmy do dyspozycji trzy dni i troszkę zabrakło. Nie byliśmy na White Island, nie widzieliśmy wszystkich wodospadów. Nie nurkowaliśmy także na zatopionym cmentarzu i nie pływaliśmy w gorących źródłach, chociaż akurat te atrakcje nas specjalnie nie kusiły.

Wulkan Hibok-Hibok. CamiguinWejście na wulkan (pozwolenie z urzędu) kosztuje 200 peso. Opłatę podobno można uiścić w Mambajao, czego nam się dokonać nie udało, bo nie mogliśmy znaleźć biura DENR (ichniego resortu do spraw środowiska). Pewnie powinniśmy się lepiej przygotować, założyliśmy jednak (błędnie), że ludzie nam udzielą wskazówek. Pytaliśmy nawet policjanta. Bez skutku. Było już późno, więc machnęliśmy na to ręką, podobnie zresztą jak na przewodnika, tyle że przewodnika pominęliśmy z rozmysłem. Przypominam, że na wulkan wchodziliśmy z tej mniej popularnej strony (Yumbing), przy wejściu na szlak nie było żywej duszy. Internet podpowiada, że koło źródeł Ardent (początek drugiej trasy) można/trzeba zapłacić za zgodę na wejście. Przewodnikowi zapewne także można przekazać pieniądze dla DENR. Przewodnik jest obowiązkowy, ale czy tak naprawdę potrzebny? Na to pytanie szukaliśmy odpowiedzi, idąc bez niego. Na pewno jest przydatny, szczególnie na początku szlaku, gdzie wydeptanych jest wiele ścieżek i można trochę zboczyć. Jeśli jednak macie przyzwoity GPS, prawdopodobnie (!) dacie sobie radę sami, tak jak my. Cena przewodnika podobno jest narzucona przez DENR i podobno wynosi 1200 peso. Wiem, że ludzie nierzadko płacą więcej (1300 – 2000 peso), ale czy chodzi tu o brak umiejętności negocjacji, czy o coś innego – niestety nie wiem. Nigdy nie zaszkodzi się potargować. Część przewodników posiada certyfikat DENR, reszta nie (raczej nie ma to żadnego znaczenia). Szlak Yumbing ma około 9 kilometrów i jest dość łatwy. Szlak Ardent ma 5 kilometrów i jak wspomniałam we wpisie – jest trudny, momentami bardzo trudny. Odpuście sobie wulkan, gdy jest bardzo mokro. Na górze jest chłodno, więc warto zabrać ze sobą coś na długi rękaw. Na szlak weszliśmy około godziny 8 rano, a cała wycieczka (Yumbing – krater – Ardent, łącznie z zabłądzeniem) zajęła nam jakieś 10 godzin, przy czym na zejście trasą Ardent przeznaczyliśmy dwa razy więcej czasu niż na wejście szlakiem Yumbing. Dodam, że moja kondycja jest mizerna, więc nasze tempo było raczej umiarkowane.

Cebu Pacific – antyreklama. Oszukują na każdym kroku! Z żadną linią nie mieliśmy takich problemów, jak z Cebu Pacific. Mimo że mieliśmy oba loty na jednym bilecie, a przez opóźnienie pierwszego lotu (z ich winy), niemożliwe było złapanie samolotu na Camiguin – nie zgodzili się nawet na anulowanie drugiego lotu. Gdy rozmawiając z nimi przez telefon, nie dajesz za wygraną, po prostu rozłączają się (zrobili tak kilka razy) – brak profesjonalizmu. A historia z „overbookingiem” to już totalny absurd (szczególnie, że to nie była kwestia jednej czy dwóch osób; oni sprzedali bilety dwudziestu osobom za dużo!). Po wielu bataliach w końcu podarowali nam vouchery na darmową podróż w dwie strony do wybranego przez nas miejsca. Gdy próbowaliśmy kupić bilety używając voucherów, okazało się, że działają tylko w jedną stronę! Na infolinii usłyszeliśmy, że rzeczywiście to trochę bez sensu, ale nic z tym się nie da zrobić. Cała zaplanowana wycieczka stanęła pod znakiem zapytania bo vouchery zostały już wykorzystane, a bilety powrotne okazały się być drogie. W końcu udało nam się poskładać wycieczkę z użyciem voucherów w jedną stronę, po czym okazało się, że Cebu Pacific znowu ma duże opóźnienia i znowu plan się rozleciał. Po Azji latamy już jakiś czas (zazwyczaj tanimi liniami) i nigdy nie mieliśmy takich problemów jak z Cebu Pacific. Nie polecam!

The following two tabs change content below.

Natalia

Autorka
Włóczykij, nurek, biotechnolog. Mieszka w Singapurze, tęskni za Finlandią. Lubi czytać, nad miasta przedkłada łono natury, a na blogu promuje odpowiedzialne podróżowanie.

  2 comments for “Camiguin – wyspa zrodzona z ognia (Filipiny)

  1. 21 lipca 2017 o 04:40

    Co do Cebu w pełni się zgadzam, spędziłem tam miesiąc i ta naprawdę oprócz centrum handlowego Ayala (a nie jestem fanem centrów handlowych) nie ma tam absolutnie nic godnego zobaczenia. Przede wszystkim jednak ciężko tam się czuć bezpiecznie. Czasem rozmawiając z Filipińczykami dzielę się moją traumą to są zaskoczeni. Zastanawiam się więc czy może jest gdzieś jakaś sekretna część Cebu do której nie udało mi się dotrzeć, bo wszyscy zawsze mówią że to wspaniałe miejsce. Jak dla mnie 2/10 nie polecam ;)

    • Natalia
      21 lipca 2017 o 04:51

      Ha, jak ją znajdziesz (tę sekretną część), to daj znać. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Facebook